„Kapuściński non-fiction” – protokół rozbieżności
26 marca 2010 | liczba odsłon: 848
Kategoria: Spotkania, Wydarzenia
Każdy czytał inną książkę – to stwierdzenie Wojciecha Tochmana najtrafniej podsumowuje poświęconą kontrowersyjnej biografii Kapuścińskiego debatę, która odbyła się 16 marca w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej. I jest to chyba jedyne zdanie, pod którym mogliby się podpisać wszyscy uczestnicy dyskusji: redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” ksiądz Adam Boniecki, pisarka i reportażystka Agata Tuszyńska, pisarz Andrzej Stasiuk i dziennikarz Artur Domosławski. Reszta jest – i chyba na zawsze pozostanie – przedmiotem sporu. Nie do rozstrzygnięcia, bo różnice nie zachodzą na poziomie interpretacji tekstu, ale są zakorzenione znacznie głębiej – w sposobie postrzegania świata…
PODEJRZANY UŚMIECH I CUDOWNE ROZDWOJENIE
Rozbieżności ujawniły się bardzo wyraźnie już w trakcie odpowiedzi na pozornie proste pytanie: o czym jest ta książka. Ksiądz Boniecki przyznał, że nie chciałby doczekać się takiej książki o sobie, ani o kimś, kogo kocha. Życie żadnego człowieka nie jest ani białe, ani czarne, to zawsze przeplatanka. Każdy ma obszary, które chciałby wymazać, ale czy one muszą być wystawiane na publiczny widok? Są przecież pytania, których nie zadaje się nawet w konfesjonale. Życie osób publicznych jest wydane na pastwę wszystkich i, chociaż mnie to mierzi i uważam to za naruszenie zasad kultury współżycia, to nie można tego zakazać. To sprawa, smaku, wrażliwości… – przekonywał. Podkreślał, że nie opowiada się za wznoszeniem pomników czy budowaniem legendy, ale za dyskrecją. Dlatego książkę Domosławskiego czytał z silnym poczuciem przykrości.
Podobne emocje towarzyszyły podczas lektury Agacie Tuszyńskiej. Tak napisana biografia to jej zdaniem nadużycie. Portret, którego celem jest wszechwiedząca weryfikacja prawdy. Zbiór insynuacji, gdzie nawet uśmiech jest podejrzany. Choć książka opowiada o pisarzu, to literatura odgrywa w niej, niestety, rolę poślednią i pośrednią. Służy tylko do weryfikacji faktów, tropienia nadużyć i przeinaczeń, jakich wobec rzeczywistości miał się dopuszczać Kapuściński. Mimo że Artur Domosławski w wywiadach temu zaprzecza, pisarka znalazła w książce cytaty, które jej zdaniem dowodzą, że intencją ucznia jednak była chęć zdemaskowania mistrza („wielu pisarzy ma ciągoty do autokreacji”, „Rysiek, jakiego znałem, lubił konfabulować”, „tkał zniekształconą biografię”). I właśnie ten demistyfikujący ton i to, że autor ogląda swojego bohatera jedynie pod pewnym kątem, najbardziej raziły Agatę Tuszyńską. Zadaniem biografa jest przecież próba zrozumienia (co nie znaczy wytłumaczenia) swojego bohatera. A Domosławski stworzył obraz człowieka, który nadużywał wszystkiego, co możliwe w życiu – jako pisarz, jako człowiek, jako członek społeczeństwa.
Odmienne odczucia miał Andrzej Stasiuk. Książkę o małym Rysiu z Pińska, który podbija świat i ponosi przy tym wszystkie koszty, jakie się płaci, dogadując się ze światem, pochłonął w jedną noc. Dostrzegł w niej świetną opowieść nie tylko o historii, lecz także o tym, czym jest pisarstwo (o stosunku do rzeczywistości, radzeniu sobie z fikcją, o granicy między jednym a drugim). Według pisarza, podejmowanie tych wątków nie oznacza, że Domosławski chce zdemaskować czy zdyskwalifikować swojego mistrza – on tylko bada, jak Kapuściński kłamał, a kłamstwo w literaturze nie jest niczym złym. Stasiuk nie dostrzegł też w książce wywlekania brudów. Jeśli autor trąca osobistą strunę, robi to w konkretnym celu – uznał. Rozdział o córce miał, jego zdaniem, pokazać, co to znaczy żyć w cieniu ojca i zmagać się z jego legendą, a wzmianki o kochankach Kapuścińskiego odzwierciedlają jego apetyt na życie. Te wątki są ważne także dlatego, że pokazują cudowne rozdwojenie Ryszarda Kapuścińskiego – reportażysta, tak zaangażowany w walkę ludów Afryki o wyzwolenie, był zarazem totalnym machistą – miał w nosie wyzwolenie kobiet.
Stasiuk podkreślał, że ta książka jest ważna, dotyka nas i jako jednostki, i jako wspólnotę. Dlatego zrobiła taki przeciąg w myśleniu o polskiej mitologii! Nie opowiada przecież o reformatorze moralnym, ale „tylko” o pisarzu, a mimo to spierają się o nią autorytety, a ludność skacze sobie do oczu…
DZIECI GOMBRO-SIENKIEWICZA I PANI DULSKIEJ
Sam Artur Domosławski zapewniał, że pisząc biografię Kapuścińskiego, chciał być życzliwy i rzetelnie krytyczny. Ale krytyka nie oznacza potępienia, tak jak szacunek nie oznacza przemilczania faktów – to właśnie ono byłoby brakiem szacunku. W jego mniemaniu, udało mu się uniknąć surowych ocen i wydawania wyroków. W Polsce nie ma standardów pisania biografii, jesteśmy rozdarci między hagiografią a paszkwilem – dowodził Domosławski. Podczas pracy nad książką nie miał wrażenia, że przekracza jakieś granice. Skoro jednak podniósł się taki wrzask, to znaczy, że je przekroczył. Nawet kilka. Granicę opowieści o PRL-u i granicę opowieści o zimnej wojnie (dotychczas wszystko było jasne: dobry Zachód walczył ze złą Moskwą, a pisarstwo Kapuścińskiego przełamuje ten schemat i nie wszyscy chcą to zaakceptować). Przekroczył też granicę środowiskowego tabu, granicę szlabanu obyczajowego (co go dziwi, bo w poważnej prasie można przeczytać o pisarzu nobliście, który tak tłukł żonę, że bolała go pięść – i nikt się nie oburzał, że to wywlekanie prywatności).
Zdaniem Domosławskiego, debata nad jego książką ujawniła nowy typ brązownictwa – dotychczas tendencje brązownicze wykazywała prawica, a w sprawie Kapuścińskiego postępują tak liberałowie – dzieci tradycji Gombrowicza, które niespodziewanie okazały się dziećmi Sienkiewicza i trochę z opowieści o pani Dulskiej. Ale te dzieci Gombro-Sienkiewicza i wszyscy mówiący, że książka zszargała cześć Kapuścińskiego, nigdy wcześniej nie walczyli o sprawy bliskie reportażyście, który był krytyczny wobec neoliberalizmu, imperializmu amerykańskiego, a obecny ład światowy nazywał nowym feudalizmem. Dzisiejsi obrońcy Kapuścińskiego uważali jego poglądy za nieszkodliwe dziwactwa starego Misia-Rysia, ale on taki nie był – to był święty awanturnik. Domosławski dowodził, że potrzebujemy Kapuścińskiego żywego, a nie spiżowego, zakutego w pomnik nudy.
ROZBROJONA… RZETELNOŚĆ DOKUMENTALISTY?
Serię pytań do autora książki mieli rozpocząć goście. Ksiądz Boniecki chciał wiedzieć, czy zdaniem Artura Domosławskiego wielkość Kapuścińskiego ucierpiała przez tę biografię. Jeśli tak się stało, to tylko dlatego, że książka została niewłaściwie przeczytana, ale nie taka były moje intencje. Nic bym w tej książce nie zmienił. Nie mam poczucia, że wyrządziłem Ryszardowi Kapuścińskiemu jakąś krzywdę – Domosławski przekonywał, że nie rozumie, jak można ze zdania o uśmiechu wyciągać wnioski, że był on fałszywy. – Nie umiem wejść w odczucia osób, które czytają tę książkę jako demaskatorską.
Agatę Tuszyńską ciekawiło, czy Artur Domosławski zadał sobie pytanie, jak oceniłby jego książkę sam Ryszard Kapuściński. Autorowi biografii, który zastanawiał się nad tym wielokrotnie, przychodziły do głowy różne odpowiedzi. Czasem – że Kapuściński byłby wściekły – tak jak wtedy, gdy pewien naukowiec chciał zbadać ewolucję jego politycznych poglądów, a reportażysta, bardzo wzburzony, zagroził, że spotkają się w sądzie. Skoro Kapuściński tworzył własną legendę, to pewnie by nie chciał, aby ktoś zaglądał pod podszewkę. Innym razem jednak Domosławski miał odmienne wrażenia – a może Ryszard Kapuściński poczułby ulgę, że ktoś wreszcie rozbroił te wszystkie miny w jego życiorysie, których tak bardzo się bał?
Zdaniem Wojciecha Tochmana, książka Domosławskiego nie rozbraja żadnej miny, bo to zrobiono już wcześniej – kwestia współpracy reportażysty ze służbami PRL została przedstawiona w książce Beaty Nowackiej i Zygmunta Ziątka „Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza”, a w „Autoportrecie reportera” Kapuściński sam zdradził, że poszerza definicję faktu. Ani uwikłanie w PRL, ani nieopisywanie świata w skali 1:1 nie są więc żadną nowością. Jest nią życie prywatne pisarza i właśnie tych wątków dotyczyły dwa pytania warsztatowe, jakie postawił Domosławskiemu Tochman. Przypomniał, że abecadło reporterskie nakazuje, by chcąc pisać o kimś, kto żyje, przynajmniej spróbować uzyskać jego wypowiedź. Tego wymaga rzetelność dokumentalisty. Tymczasem w książce anonimowa przyjaciółka Ryszarda Kapuścińskiego przytacza słowa znanego reportażysty o tym, że jego żona „kogoś ma”. Tochman chciał wiedzieć, dlaczego Domosławski nie oddał głosu w tej sprawie Alicji Kapuścińskiej. Autor odparł, że nie przyszło mu nawet do głowy, by pytać o to żonę pisarza, ponieważ w kolejnym zdaniu ta sama anonimowa przyjaciółka Kapuścińskiego wyjaśnia, że to był tylko jego wykręt, mający uciszać wyrzuty sumienia pań, z którymi reportażysta romansował. Domosławski nie dał też możliwości wypowiedzenia się córce Ryszarda Kapuścińskiego – Zojce, której ucieczkom i trudnym relacjom z rodzicami poświęcił w książce osobny rozdział.
Jak się okazało, na sali była obecna przyjaciółka Zojki. Zamieszczone w książce informacje nazwała stekiem bzdur. Zarzuciła autorowi, że nigdy w życiu nie rozmawiał z córką Kapuścińskiego, a jeśli nawet, to nie wykraczało to poza zdawkowe „dzień dobry”.
„ZGINĄŁ W KATYNIU, A POTEM PISAŁ DLA NAS KSIĄŻKI?”
Pod koniec spotkania głos zabrał Roman Kurkiewicz (obecny na sali, jak sam zaznaczał, prywatnie) dziennikarz i obrońca biografii „Kapuściński non-fiction”. Uznał, że Domosławski, pisząc tę książkę, jednym Ryszarda Kapuścińskiego odebrał, a innym go przywrócił. Pokazał prawdziwego Kapuścińskiego – lewicowca, który w Angoli stał po stronie lewicowej partyzantki, wspieranej przez Kubę i Związek Radziecki. Komunistę, który należał do PZPR i lawirował – co zresztą wszyscy robimy – i właśnie dzięki temu był skuteczny. Domosławski przywrócił Kapuścińskiego wielkiej lewicowej tradycji intelektualnej. Odebrał go natomiast środowisku „Gazety Wyborczej” i wszystkim chcącym widzieć w Kapuścińskim człowieka, który „zginął w Katyniu, a potem pisał dla nas świetne książki”. Odebrał Kapuścińskiego tym, którzy choć literalnie jego dzieła czytali, to nic z nich nie zrozumieli. To miłe, że nawet osoby bardzo inteligentne i same dobrze piszące, jak Agata Tuszyńska i częściowo ksiądz Boniecki, nie umieją czytać – dowodził Roman Kurkiewicz.
I tym mocnym i – chyba jednak demagogicznym – akcentem zakończyła się dyskusja o książce. Teza, że ten, kto krytykuje książkę Domosławskiego, nic z pisarstwa Kapuścińskiego nie rozumiał, jest dość ryzykowna. Sam Artur Domosławski nie wyklucza przecież, że biografia jego autorstwa mogłaby się nie spodobać Ryszardowi Kapuścińskiemu. A jeśliby tak było, to trzeba by – idąc dalej tokiem rozumowania Romana Kurkiewicza – dobrnąć do absurdalnego wniosku, że Ryszard Kapuściński – chociaż wielkim reportażystą był – to nie rozumiał tego, co pisze…
Kinga Szafruga
__
Fotografia Ryszarda Kapuścińskiego autorstwa Mariusza Kubika, udostępniona na licencji CC-BY-SA w Wikimedii Commons









Zna-ko-mi-ta relacja. Wielkie dzięki. Muszę w końcu dopaść tę książkę.
Byłam obecna na tym panelu i potwierdzam: relacja Kingi jest mistrzowska.
Mam i właśnie się za nią zabieram…
Bardzo jestem ciekawa, co wniesie, a co wyniesie…
Bardzo dobra relacja – gratuluję!
Jest w trakcie czytania tej ksiazki,Nie znajduje nic co by uwlaszczalo godnosci pan Kapuscinskich.Jest swietna, a corce poswiecony jest tylko kawalek rozdzialu, i uwazam , ze nam czytelnikom nalezy sie ta wiedza.Chyba, ze pani Kapuscinska ma sama wyrzuty sumienia, ze poszla na impreze zostawiajac smiertelnie chorego meza i kazac mu isc do jadlodajni na obiad.,a mial raka trzuski.Super zona.
Argument – choć w moim odczuciu wysoce dyskusyjny – że „nam, czytelnikom, należy się ta wiedza” (o żonie i córce Kapuścińskiego) nie zwalnia autora tekstu z obowiązku przestrzegania dziennikarskiej rzetelności. A ta nakazuje porozmawiać z osobą, o której się pisze, i dać jej możliwość wypowiedzenia się we własnej sprawie, podania swojej wersji wydarzeń – pan Domosławski natomiast (w odpowiedzi na pytanie Wojciecha Tochmana) przyznał, że próby rozmowy z córką pisarza w ogóle nie podjął, i – co więcej – nawet nie przyszło mu to do głowy.
Napisal tylko, ze nie umieli ze soba rozmawiac, to pewnie wiedzial przebywajac z Kapuscinskim, ze zmienila nazwisko, to tez bylo wiadomo, ze ciagnela z ojca kase/o tym napisal autor bardzo delikatnie/, o tym ze zerwala kontakty to mowila siostra Kapuscinskiego,Z tego co wiem jak sobie w W-wie zorganizowala wystawe, to najpierw zgodzila sie na wywiad, potem nie , zeby nie napisac , ze jest corka Kapuscinskiego.Ona w tej ksiazce jest tak marginalna, ze nie wiem o co zona Kapuscinskiego ma pretensje, jak sie dobrze w internecie pogrzebie to o pani Rene >Maisner mozna sporo sie dowiedziec.,uwazam ze jest to swietnie napisana ksiazka , ktora dzisiaj czytalam do 4 rano-
Jasne, książkę czyta się niemal jednym tchem – zresztą takie budzące kontrowersje zabiegi, o których tutaj dyskutujemy, bardzo temu służą. A drażliwe tematy zawsze są łatwiej akceptowalne z perspektywy czytelnika (zwłaszcza że osoby publiczne, a także ich bliskich, zwykliśmy traktować jak swoją własność, a nie odrębną jednostkę mającą prawo do prywatności – to efekt tabloidyzacji naszego życia) niż z perspektywy samych zainteresowanych. Gdy ja zadaję sobie pytanie, jak czułabym się w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się córka Kapuścińskiego, to odpowiedź jest tylko jedna: fatalnie. Sława ojca nie powinna odbierać nikomu prawa do prywatności, a tym bardziej prawa do odniesienia się do rewelacji na jego temat, które czyta tysiące ludzi, a większość traktuje jak prawdę objawioną – bo skoro tak napisali