Wywiad z Maciejem Zarembą
28 stycznia 2009 | liczba odsłon: 1 685
Kategoria: Ludzie, Wywiady
Maciej Zaremba – mieszkający w Szwecji polski dziennikarz i reportażysta – autor między innymi zbioru „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji” oraz „De rena och de andra” (książka ma się ukazać w tym roku w Polsce – jej tytuł roboczy to „Czyści i inni”), zgodził się odpowiedzieć mi na parę pytań dotyczących między innymi życia na emigracji, profesji dziennikarskiej i różnorodnego sposobu obserwacji otaczającego nas świata. Zapraszam do lektury.
Gratulując ostatniego wyróżnienia – tytułu doktora honoris causa przyznanemu Panu przez Uniwersytet w Lund – chciałbym zapytać, którą z wielu nagród, jakie Pan otrzymał do tej pory, ceni Pan najbardziej?
Chyba jednak te dwie ostatnie. Ten doktorat h.c. i Nagrodę Specjalną Akademii Szwedzkiej, której główną misją jest opieka nad językiem…
Wyobrażam sobie, że wielką satysfakcją dla dziennikarza musi być sytuacja, w której – dzięki jego pracy – zadośćuczynienia otrzymują skrzywdzeni ludzie – jak na przykład ofiary przymusowych sterylizacji, które opisał Pan w książce De rena och de andra… Co Pan czuł, kiedy dowiedział się Pan, że – za sprawą Pańskich reportaży – ludzie ci otrzymali odszkodowania?
Nie tylko za moją sprawą. Co poczułem? Że to co robię naprawdę ma sens i że warto było się tak męczyć. Że może nie taka tragedia, że nie udało mi się zostać lekarzem, jak rodzice.
Książka ta, pod roboczym tytułem Czyści i inni, ukaże się w tym roku w Polsce. Od jej premiery minęło jednak 10 lat. Czy nie jest to zbyt długi okres, czy opisywane wydarzenia nie będą, przypadkiem, odbierane w Polsce jako dawno zapomniana, trochę nierealna, historia? Czy jest to nadal książka ważna dla polskiego czytelnika?
Jest jak najbardziej aktualna, bo aktualna jest nadal pokusa pozbycia się jednostek w jakiś sposób mniej pełnosprawnych. Tylko teraz raczej nie państwo, ale poszczególni obywatele (i towarzystwa ubezpieczeniowe) poddani są tym pokusom. Selektywne aborcje nie są bynajmniej rzadkością. A w perspektywie manipulacji genetycznej – babyshopping, czyli dobór cech pożądanych u dziecka. Czyli eugenika – sprywatyzowana.
Przyznaje Pan, że nie umie Pan pisać leadów – z tego powodu nie przyjęto Pana na studia dziennikarskie w Szwecji. Czy są jeszcze jakieś inne elementy warsztatu dziennikarskiego, które chciałby Pan udoskonalić?
Teraz już umiem pisać leady, ale tylko do reportażu. Chciałbym umieć pisać szybko, na kolanie, na gorąco. Ale tego się już nigdy nie nauczę.
Jedną z wielkich zalet Pańskiego dziennikarstwa jest zdolność do zauważania rzeczy, które skrywają się pod powierzchnią obserwowanych zdarzeń. Jak dochodzi się do takiej umiejętności? Czy Pańskie – dość burzliwe i, jak mniemam, ciężkie przeżycia lat młodzieńczych – pomogły w rozwinięciu tej cechy?
Młodość nie była taka znowu burzliwa. Natomiast fakt, że jestem imigrantem, na pewno pomaga. Ja się ciągle jeszcze potrafię dziwić, bo w końcu jest to dla mnie nadal obcy świat. Do tego zawsze miałem taką manię, żeby dopatrywać się symbolicznych jakości w szczegółach.
Czy miewa Pan czasami ochotę lekko naciągnąć fakty – w taki sposób, aby pasowały one do wniosków, do jakich doszedł Pan wcześniej? Czy zdarzało się, że poddał się Pan takiemu pragnieniu podczas swej długoletniej praktyki dziennikarskiej?
Nawet gdybym chciał, to nie mogę, bo i tak ludzie wszystko sprawdzają. To oczywiście tragedia dla reportera, kiedy komentarz wypowiedziany przez kogoś w środę doskonale by pasował do czegoś, co wydarzyło się dopiero w piątek. Praktycznie też byłoby pominąć jakieś fakty, co się z tezą główną nie chcą zgodzić. Ale nauczyłem się, że prawda ambiwalentna, skomplikowana, niejednoznaczna, jest zawsze ciekawsza od efektownych uproszczeń.
Pańskie reportaże odbierane są często w Polsce jako portret Szwecji – z czym Pan się nie zgadza, mówiąc, że pisze Pan o fenomenach, które muszą być opisane. Istnieje jednak niebezpieczeństwo (realne – jak widać), że obraz Szwecji dla przeciętnego Polaka będzie obrazem chylącej się ku upadkowi biurokratycznej machiny, rządzonej przez pozbawionych ludzkich uczuć, skorumpowanych, urzędników. Podobna sytuacja ma już miejsce w odniesieniu do Wielkiej Brytanii – obraz Polaka przebywającego na Wyspach, to – utrwalony przez doniesienia prasowe – widok zapitego rodaka pod mostem w Londynie, lub dwudziestoosobowej grupy brudnych robotników, gnieżdżących się w dwupokojowym mieszkaniu na przedmieściach Edynburga. Nie jest to obraz prawdziwy – jednak utrwalił się w świadomości Polaków pozostających w Polsce na tyle, że trudno jest wielu z nich przekonać, iż my tutaj tak nie żyjemy. Co powinno się zrobić, aby wyeliminować tego typu niebezpieczeństwa? Jakie zadania stoją przed dziennikarzami, jak mają postępować, aby wyobrażenie ludzi o rzeczywistości nie odbiegało od prawdy w tak wielkim stopniu, jak w podanych tu przykładach?
Szwedzi nie odbierają moich tekstów jako portretu Szwecji, tylko jako opowieść o naszych bolączkach. Dopiero jak te teksty wydać za granicą, pojawia się pogląd, że jest to obraz Szwecji. Tak jakby ktoś wydał najciekawsze polskie reportaże w Szwecji: Jedwabne, Łowcy skór, Cała Polska trzaska… Też ktoś mógłby pomyśleć: Boże, co to za straszny kraj ta Polska. No bo dziennikarz na ogół o tym co go boli pisze, nieprawda?
Nie wiem, co z tym zrobić. Ale obawiam się, że błąd może tkwić w polskim czytelniku, który być może ze zbyt wielką satysfakcją przyjmuje doniesienia o okropnościach w krajach, co do których ma kompleksy. Takie miałem wrażenie na spotkaniach autorskich w Polsce – ale już nie w Szwecji. Szwedzi chcieli rozmawiać o konkretnych problemach, które poruszałem – co z tym zrobić, jak do tego doszło – natomiast niektórzy Polacy radowali się, że nie taka Szwecja wspaniała, jak się wydaje. Nie ukrywam, że wolę tę pierwszą reakcję.
Swoje reportaże pisze Pan po szwedzku, tłumaczy Pan literaturę polską na język szwedzki, natomiast inni tłumaczą Pańskie teksty ze szwedzkiego na polski. Czy łatwiej jest się Panu posługiwać językiem szwedzkim, niż polskim? Czy więcej, dokładniej i celniej, jest Pan w stanie wyrazić po szwedzku, niż po polsku?
Na szwedzki tłumaczyłem tylko jeden tomik Zbigniewa Herberta i to nie sam, ale pospołu ze szwedzką poetką. Nie piszę po polsku, bo z braku wprawy nie mam wyrobionego stylu w tym języku. Mógłbym więc i tak – i owak, i nie wiadomo, które byłoby bardziej „moje”. Chyba żebym naprawdę zaczął walczyć z tym językiem. Próbowałem tłumaczyć własne teksty na polski i okazywało się, że piszę je od nowa – inaczej, inny ton, inne odniesienia, rytm też inny. Więc przerywałem zawsze przerażony, że może i wnioski wyjdą mi inne? Przesadzam odrobinę, ale język to naprawdę cały kosmos, sposób pojmowania świata.
Pisze Pan – w nawiązaniu do wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy z drugiej połowy lat osiemdziesiątych – że ważną rzeczą jest umieć wyczuć zmiany w wyobraźni i w języku społeczeństwa, zmiany które zwiastują nadejście rewolucji, przewrotu, obalenia istniejącego stanu rzeczy – jak miało to miejsce w ówczesnej Polsce. Symbolem tej nadchodzącej zmiany są dla Pana krasnoludki – masowo zalewające wówczas ulice Wrocławia. Zastanawia się Pan, czy są (i jak się nazywają) krasnoludki w Iranie. Ja zastanawiam się, czy są takie krasnoludki we współczesnej Szwecji? Zauważył Pan jakiegoś?
U nas nie ma krasnoludków, bo nie potrzebujemy – na szczęście – podziemia. Do tego ironia nie jest potrawą z naszego jadłospisu.
Po śmierci Jana Pawła II napisał Pan tekst o Jego wpływie na parę pokoleń naszych rodaków. Czy udało się Panu wytłumaczyć protestanckim Szwedom historyczne znaczenie postaci Papieża dla naszego kraju i narodu?
Nie mogło się udać. Jeżeli Szwedzi mają jakiś wspólny, a serdeczny przesąd, to dotyczy on katolików. Od stuleci wpajano tutaj wrogość wobec kościoła rzymskiego. Tożsamość Szwecji bierze się z tej opozycji, tak że nawet wykształceni ludzie mało wiedzą o katolicyzmie, a jak się im z czymś kojarzy – to z zacofaniem. Teraz to się szybko zmienia, ale wiele jeszcze wody upłynie, zanim „katolik” przestanie być kimś podejrzanym.











Przede wszystkim bardzo fajny wywiad.
O nowej książce nie wiedziałam, świetnie że się pojawi. Myślę, że temat (niestety) ponadczasowy, a co do eugeniki dzisiaj, to też chętnie przeczytałabym taki artykuł. I ja nawet nie mówię o doktorach zmieniających geny (jeszcze). Ale już żyjemy w czasach, kiedy da się przeczytać w gazetach, że np. w tym sezonie modny stał się mały biust, w odróżnieniu od poprzedniego, kiedy modny był duży itp. Wolę sobie nawet nie wyobrażać kobiet, które słuchając mody operowałyby się co pół roku. Ale fakt faktem, że kliniki chirurgiczne są także w Polsce coraz bardziej promowane. Pod pretekstem zwykłego programu np. o zdrowiu (sic!) wmawia się ludziom, że potrzebują operacji, których nie potrzebują. Oczywiście ujednolicanie przebiegałoby prościej już na poziomie genów, dlatego prawdopodobnie właśnie do tego dążymy, niestety… Ludzki wygląd jest coraz bardziej traktowany jak zwykły produkt, który można zmienić. Wczoraj oglądałam amerykański film i autentycznie dziwiłam się, że dwie główne bohaterki mają swoje własne nosy. W Hollywood to ewenement.
Co do nieumiejętności pisania zajawek, to to była raczej zaleta. Pojawiają się kandydaci na dziennikarzy i od razu widząc nowy temat potrafią przerobić go na tytuł, zajawkę itd. To świadczy też o braku głębszego spojrzenia, braku chęci zagłębienia się w temat przed stworzeniem pewnego wyobrażenia, któremu potem podporządkujemy tekst. Dlatego dla mnie była to przede wszystkim informacja, że system selekcji (pewnie nie tylko w Szwecji) może niechcący promować tych leniwych, upraszczających, bezrefleksyjnych i równie niechcący może wykluczać prawdziwe perełki, takie jak Maciej Zaremba. Kto wie, pewnie paru równie zdolnych ludzi skończyło przez to np. na medycynie…
I też myślę, że odbiór tych reportaży jako pełnego obrazu Szwecji jest nieporozumieniem. A to, że niektórzy złapią się każdej takiej informacji świadczy tylko o ich problemach i kompleksach.
Prawda jest taka, że chętnie przeczytałabym podobny spis reportaży o Polsce, pokazujący w tak samo szerokim kontekście i tak samo z bliska nasze problemy i zagrożenia, które nas dotyczą. Nawet gdyby ktoś, kto nie używa rozumu za często próbował je kłaść obok katalogów turystycznych promujących inne kraje
Ciekawy wywiad Maćku, ale mam wrażenie, że jeszcze o wiele rzeczy chciałeś spytać, stąd tak długie i rozszerzone pytania
mam wielki podziw dla twojego nienasycenia wiedzą, chylę czoła
Cieszę się, że wywiad się podoba. Następnym razem obiecuję (Gosiu) zadawać krótsze pytania
Obraz Szwecji (jak również Polaków przebywających w Wielkiej Brytanii – co mogę stwierdzić naocznie) jest nieprawdziwy i wynika z nieporozumienia – zgoda.
Ale – jednym z zadań dziennikarza jest przekazywanie społeczeństwu prawdziwego obrazu świata, w jakim żyje. Dlatego moje pytanie – co zrobić (z punktu widzenia dziennikarskiego), aby ten obraz nie odbiegał aż tak mocno od prawdy, jak ma to miejsce w tych dwóch przypadkach. To ciekawe zagadnienie – tak uważam.
Bo – z jednej strony – pisanie o tak ważnych rzeczach, o jakich pisze Maciej Zaremba, jest bardzo potrzebne i przynosi duzo dobrego (czego najlepszym przykładem są odszkodowania dla ofiar przymusowych sterylizacji), ale z drugiej strony – potrzeba jakiejś przeciwwagi (chyba) po to, aby „wyrównać” ten jednoznacznie negatywny obraz.
Przeczytałam..wolnym czasem
. Interesujący wywiad.
Maciek – to tak jakby dziennikarz miał się zastanawiać, jak reportaż o prawdziwym problemie gdzieś występującym może wpłynąć na nie wiem… ruch turystyczny
Nie powinien.
Prawdziwe problemy opisywać trzeba, ludzi przekonanych, że mają rację, kiedy szkodzą, a mają wpływ na innych, bo są np. urzędnikami trzeba z tego fałszywego przekonania odzierać, to wszystko trzeba robić, żeby nie narastało.
I trzeba było napisać reportaż o łowcach skór, bo istnieli i zabili prawdziwych ludzi.
Ale to nie znaczy, że każda karetka wozi łowców skór. Podobnie jest z problemami dotyczącymi Szwecji.
Owszem są ludzie, którzy tego nie zrozumieją, ale oni równie dobrze mogliby się uczepić czegokolwiek.
Z drugiej strony masz rację, brakuje przeciwwagi. W mediach nie pisze się o tym co fajne, przyjemne, warte uwagi, co sprawia, że stajemy się dumni i że chcemy zmieniać świat na lepsze. Bo to dla wielu nie jest news. I tu jest błąd. Inna sprawa, że jeśli chodzi o rzeczy przykre, irytujące, to prawdziwe problemy warto opisać, ale jeśli miałabym zaproponować z czego zrezygnować, to z awantur polityków. Zamiast tego można pisać o ich… dziełach. Bo niestety, ale politycy służą do tworzenia prawa, o czym łatwo zapomnieć, jak się na nich patrzy.
Oczywiście, że nie chodziło mi o „kneblowanie” reporterów, czy wywoływanie u nich wyrzutów sumienia – że może przemysł turystyczny się załamie
Ja zauważam problem – nieprawdziwy obraz np. Szwecji, czy Polaków na Wyspach – i pytam się: jak temu zaradzić? Pytam się dziennikarza, ponieważ jednym z zadań (ważnym – jak mi się wydaje) dziennikarza jest kształtowanie u odbiorców obrazu świata maksymalnie zblizonego do tego, co nazywamy prawdą.
Chyba problem leży jednak w tym braku przeciwwagi – wielu pisze o rzeczach złych (ewentualnie o politycznych awanturach), a zbyt mało o dobrych zjawiskach. Może trudniej jest pisać o dobrze?
O rzeczach złych z sensem też pisze niewielu. Na zły obraz składają się w dużej mierze rzeczy niepotrzebne „że X powiedział o Y, że jest taki i owaki, na co Y odpowiedział itd.” Polityczna piaskownica.
Ciekawe, czy uda mi się nakłonić samych emigrantów, żeby się trochę… pochwalili własnymi osiągnięciami
A o dobrych rzeczach też można super pisać, chwytając za serce, czy zachęcając ludzi do pozytywnych zmian. Tylko niestety, co już miałam okazję obserwować, nawet jak napiszesz o czymś, co po cichu zmienia życie bardzo wielu ludzi na lepsze, to narażasz się na oskarżenia, że piszesz o jakichś niepoważnych sprawach. Bo poważne to: ktoś kogoś zabił, była strzelanina, mamy stan klęski żywiołowej, gdzieś wybuchła wojna (jedną z głównych bolączek wielu mediów jest to, że wojny nie wybuchają codziennie).
Oczywiście opiniami tych, którzy bezrefleksyjnie psują media, przejmować się nie należy.
Swoją drogą Maćku, właśnie się zabieram za ten zły obraz Polaków na Wyspach, trzymaj za mnie kciuki
Trzymam kciuki!
Zdradź trochę szczegółów
Od dziś na forum Zielona Irlandia jest nowa część „Polskie akcenty w Irlandii” a w niej dział „Nasze sukcesy”. A w środku… pierwszy przykład: Najlepsza irlandzka drużyna koszykówki – dzięki polskiemu trenerowi!
parę kwestii naprawdę mocnych i intrygujących.. Więcej takich wywiadów
Będzie więcej, zaglądaj
Interesujący wywiad.
Dopiero teraz przeczytałem. Bardzo fajny wywiad.
Co do dyskusji – zgadzam się, częściej czytamy o tej gorszej stronie. Dlaczego tak jest? Dziennikarz pisze o tym, co go boli, o problemach, które spotykają jednostki lub znacznie większe grupy ludzi, nawet całe narody. Łatwiej mu uruchomić swoje pokłady współczucia, empatii, łatwiej jest się zaangażować w temat – nie chodzi tu o jakieś wielkie emocjonalne zaangażowanie, ale o ten przyjemny ,,dreszczyk”, który odczuwamy pisząc na jakiś temat, to coś, co szepcze nam do ucha ,,przeczytaj o tym więcej, porozmawiaj jeszcze z tym i z tą, przemyśl to głębiej”. Piszemy o tym, bo chcemy wyrazić, literacko wykrzyczeć to, co nam się nie podoba. Pisanie o tym, co napawa nas optymizmem jest trudniejsze, bo jest to często bardziej intymne, bo nie mamy potrzeby tego zmieniać, bo wolimy to obserwować i się tym po prostu, na swój sposób, delektować. A może też trochę się boimy, że ktoś uzna, że radują nas błahostki, że jesteśmy infantylni lub, o zgrozo, że stawiając coś w dobrym świetle, działamy w interesie mitycznych ,,ich”?
Kurcze, zainspirowaliście mnie swoją dyskusją, muszę w najbliższym czasie napisać o czymś dobrym, radosnym, o jakimś pozytywnym zjawisku. Będzie to wyzwanie, ale na pewno coś takiego można znaleźć, tylko trzeba poszerzyć horyzonty i obedrzeć się w pewnym stopniu z intymności. Napisanie ,,na świecie jest więcej złych niż dobrych rzeczy do opisania” byłoby tandetną demagogią.
Pozdrawiam serdecznie