Zjawisko o zabarwieniu kontrowersyjnym
Ewa Orczykowska20 kwietnia 2010 | liczba odsłon: 307
Kategoria: Książki, Nowości, Recenzje
Wydałam 52,50. Nadwyrężając ramię doniosłam do domu. Usiadłam, przeczytałam, odłożyłam. Pewnie komuś pożyczę, bo myślę, że warto mieć opinię na temat tego niemalże 600 stronicowego produktu marketingowego o zabarwieniu lekko kontrowersyjnym. Miało być halo – i jest halo. Dyskusja wcale merytoryczna, wielowątkowa i inspirująca. I dylemat: po co, jak i czy w ogóle mówić o nieobecnym? Jeżeli patrzy na nas z góry, daję głowę, że sam Kapo nie kapuje, o co w tym całym zamieszaniu chodzi.
To, jak wielu miał za życia przyjaciół i fanów znajduje teraz potwierdzenie w ilości osób chętnych do wyrażenia opinii na temat summy, która swoją prawdziwością przekracza ponoć cienką granicę między przyzwoitością a chęcią zysku. Świetne kompendium wewnętrznego rozdarcia, zmagania się z systemem komunistycznym i z komunistycznym sobą, wreszcie kopalnia wskazówek dla wszystkich, którzy nazywają się, bądź chcą się nazywać dziennikarzami – to tylko niektóre walory książki Artura Domosławskiego. Ponoć dla zagranicznych czytelników fakt współpracy Kapuścińskiego z SB stanowi cios – czy jednak nie naszą zasługą jest brak wyjaśnienia Zachodowi, że podpisany papier nie jest jeszcze nieusuwalną plamą na honorze? Ponoć mistrz reportażu po ukazaniu się tejże biografii zamienia się w mistrza kamuflażu, bo przecież jak wierzyć komuś, kto nagina fakty dla podniesienia jakości swoich utworów? Kapuścińskiemu odbiera się prawdziwość jego samego, jego przekazu – odbiera ją jednak nie sama książka, tylko jej interpretacja. Mam dziwne wrażenie, że „Kapuściński non-fiction” stała się iskrą, wrzuconą do beczki prochu, którą stanowią wszyscy kurtuazyjnie milczący na temat życia i twórczości reportera. Jak się okazuje, co kilkadziesiąt stron wyskakują z książki tajemnice poliszynela (kobiety, teczka, wysokość trawy), które ubarwiają marmurowy pomnik, jaki postawiono mu po śmierci. Wybaczcie, ale Kapuściński na nieśmiertelność zapracował sobie dużo wcześniej.
Zastanawiam się, jakie znaczenie w toku tej całej dyskusji ma sama polskość. Jako naród obdarzeni jesteśmy pokoleniowym brakiem pewności siebie i poczuciem ciągłego niedocenienia, zwłaszcza przez Zachód. Gdy pojawia się postać taka, jak Kapuściński – de facto bardziej popularna na świecie, niż w Polsce – zawłaszczamy ją sobie, wkładamy do gablotki obok Papieża i Wałęsy i niech broń boże nikt nie dotyka, bo to nasze. Ekstraktujemy z wieloletniej pracy fakt narodowości (której się przecież nie wybiera) i uzurpujemy sobie prawo do czyjegoś sukcesu, kolektywnie się pod nim podpisując. To chyba powoduje, że negatywną, bądź też budzącą wątpliwość opinię na temat takiego eksponatu traktujemy jak osobistą potwarz. Całe szczęście, Domosławskiemu swoją książką udało się przerzucić Kapo z gablotki eterycznych i nieskazitelnych tam, gdzie sam reporter czuł się najlepiej – do ludzi.
Gdy umiera znany i podziwiany, jakimś dziwnym trafem zdarza nam się zapomnieć, że ten, który pod koniec życia zbierał laury, musiał do nich przebyć długą drogę. Wielkie osiągnięcia naznaczone są wielkimi poświęceniami; opisywanie rzeczywistości to poświęcenie podwójne. Problem, czy i jak ustosunkować się do sposobu, w jaki robił to polski reporter , jest nie do rozwiązania. Tak samo, jak subiektywny jest jego przekaz, tak i opinii o nim nie da się zobiektywizować. Nie można jednak zakwestionować faktu, że to, co napisał Kapuściński, ujmuje. Być może w swoich książkach manipuluje własnym wizerunkiem, jest to jednak domeną każdego, kto ma ambicje większe, niż dom, praca i rodzina. Być może manipuluje szczegółami, ale czyni to dla dobra całości. Kto z was nigdy tego nie zrobił – niech pierwszy rzuci kamień.
Pozostaje jeszcze kwestia samego autora „non-fiction”, o którym mówi się niewiele mniej, niż o jego bohaterze. Domosławskiemu zarzuca się interesowność, nielojalność, a nawet zdradę. Nie wiedzieć czemu pomija się za to fakt olbrzymiej pracy, którą wykonał ten dziennikarz by stworzyć coś, o czym większość ludzi będzie mogła sobie pogadać, a tylko ci bardziej racjonalni przeczytają i konstruktywnie pochwalą bądź skrytykują. Biografia, zamknięta na kartach książki pod wpływem mediów urosła do rangi zjawiska z pogranicza faktu i plotki. Daliśmy się nabrać na ten show, egzemplarze idą jak świeże bułeczki, a wydawca zaciera ręce. Ostatni taniec panu Ryszardowi udał się wyśmienicie. Można powiedzieć, że jest zupełnie w jego stylu.









show? bo ja wiem? nie wydaje mi się, by krył się za tą publikacją jakiś wykreowany sztucznie przez np. media show. po prostu nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji. nikt nie przypuszczał, że życie Kapuścińskiego był aż tak barwne
Show wytworzył się moim zdaniem trochę później – to, w jaki sposób media nakręcały atmosferę, budowały napięcie, kto, kiedy i jak wypowie się o ”non-fiction”, zakrawało trochę na tanią rozrywkę. Miałam na myśli, że Kapuściński pewnie byłby zadowolony – w końcu wbrew pozorom zawsze lubił być w centrum uwagi…
Gratuluję wygranej w konkursie na recenzję miesiąca!
http://www.lekturyreportera.pl/nasze-konkursy/recenzja-miesiaca-kwiecien-zjawisko-o-zabarwieniu-kontrowersyjnym/
Cudowna recenzja!
Gratuluję, pozdrawiam. M.W.