Z mięśni. Paweł Wróbel Wróblewski, „Do ciepłych krajów”

Anna Jakubiuk
18 października 2011 | liczba odsłon: 360
Kategoria: Książki, Recenzje

Tadeusz Sławek w rozmowie z Aleksandrą Klich („Wysokie Obcasy” z 13.10.2011 r.) podkreślając, że bieganie służy refleksji nad życiem, powołuje się na Fryderyka Nietzschego, który w „Ecce Homo” pisał:  Nigdy nie wierz żadnej myśli, która ci przychodzi do głowy, gdy siedzisz. Dobre myśli pochodzą z mięśni.

Trudno autorowi „Wiedzy radosnej” nie przyznać racji. Zwłaszcza w kontekście książki „Do ciepłych krajów”. Paweł Wróblewski postanowił poznać Afrykę podróżując po niej rowerem. Pomysł skądinąd już nam znany. Podczas siedmiu miesięcy przebył samotnie 11 tysięcy kilometrów. Zaczął od Maroko, by przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Ghanę, Togo, Benin, Nigerię, Kamerun, Gabon i Kongo nieoczekiwanie zakończyć drogę w Kinshasie. Co narodziło się z wysiłku mięśni, które obracając pedałami poradziły sobie z miastami, pustynią, lasami i buszami? Sukcesywnie w trakcie wędrówki powstawał blog, który zmaterializował się ostatecznie w postaci książki „Do ciepłych krajów”, ta z kolei prezentuje dobre myśli. Zasadniczo dwie dobre myśli.

1. Afryka

Paweł Wróblewski nie rości sobie pretensji do bycia tłumaczem afrykańskiej kultury tylko dlatego, że „był i widział”. Nad uzasadnieniami niektórych sytuacji nawet nie reflektuje (starsi ludzie z Maroka ustępowali mu miejsca albo przynosili wodę, co go cieszyło, ale nie skłaniało do namysłu nad motywami ich zachowania). Zresztą antropologiczne zadęcie byłoby nieuprawnione. Autor bowiem nie osiadł nigdzie na dłużej, żeby przyjrzeć się głębiej Afryce. Stale się przemieszczał. W związku z tym jego kontakty z miejscową ludnością były w przeważającej części  powierzchowne i fragmentaryczne. Trwały też krótko i często były wynikiem wyjątkowych sytuacji. Sam autor zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń. Kiedy pisze o rodzinie afrykańskiej, która według niego jest w stanie rozpadu, przyznaje, że może upraszczać. Brak pretensji do omnipotentnego wyjaśniania działa wręcz na korzyść tekstu, który niepozbawiony jest przy tym inspirujących i wartościowych dyskusji. Pomagać czy nie pomagać Afryce? Jak pomagać, żeby pomoc była konstruktywna? Jak działają organizacje pozarządowe w Afryce? Czy białych rzeczywiście już nie ma w Afryce? Ciekawa, choć nie najweselsza, postać Afryki wyłania się z książki Pawła Wróblewskiego. Ten wizerunek polemizuje z cechami zwyczajowo przypisanymi cywilizacji afrykańskiej, takimi jak: kolektywizm, prymat rodziny i plemienia w życiu codziennym oraz politycznym czy wypełnianie obowiązków względem wspólnoty jako budulec tożsamości. Afrykańczyk Wróblewskiego to człowiek zorientowany na teraźniejszość, rzadko wybiegający w przyszłość czy planujący na dłuższą metę swe przedsięwzięcia (sugestywna ilustracja w postaci założenia zespołu muzycznego przez Amandę z Benina). Afrykańska rodzina z kolei często jest rozbita, niepełna, a wśród jej członków panuje wzajemna zawiść. Afrykańczycy są nieufni i samotni, Wróblewski pisze wprost: (…) atomizacja społeczeństwa w Afryce przerasta wszystko to, co w Europie mogłem sobie wyobrazić. Natomiast romantyczna afrykańska wspólnota przejawia się w biernym czekaniu na pomoc (kolonializm i neokolonializm, słowem biały człowiek nie pozostał bez wpływu na taki stan rzeczy), korupcji (bez gotówki na haracze i łapówki trudno rozkręcić własny interes, o czym zaświadcza przykład Ghańczyka szyjącego torby), biedzie, brudzie (tu szczególnie, po lekturze, rzuca się w oczy Mauretania), kompleksie wobec białych i skierowanym wobec nich nierzadkim rasizmie, o czym autor wielokrotnie miał okazję przekonać się na własnej skórze. Obraz nie do końca jednak jest taki czarny (sic!). Afrykańczycy są według niego mistrzami w czytaniu w ludzkim sercu (rozstanie z poznanym w Ghanie Kofim), muzykowaniu czy tańczeniu. Opisując konflikt o Saharę pomiędzy Marokańczykami a Saharawi, afrykański islam i chrześcijaństwo, przyglądając się tamtejszym mężczyznom i kobietom, Wróblewski stara się zachować zdrowy dystans czy nawet obiektywizm. Niezmiennie jest jednak Europejczykiem, który wielokrotnie w książce tworzy opozycję pomiędzy magią a racjonalnością. Jeśli założę, że myślenie racjonalne jest myśleniem w kategoriach przyczyna-skutek, to tańczenie w celu sprowadzenia deszczu jest racjonalne. Przywołana dychotomia służy budowaniu nierówności i rozpatrywaniu kultury w ewolucjonistyczny sposób, a w dalszej perspektywie jest przejawem europocentryzmu.

2. Podróż

„Do ciepłych krajów” to też książka o podróży.  Wróblewski podróż odczarowuje. Otwarcie przyznaje się do zmęczenia i wyczerpania nie tylko wędrówką, ale także spotykanymi ludźmi, którzy niejednokrotnie traktują go jak chodzący bankomat. Poza tym jest ich wiele i to na moment albo kilka chwil. Autor mówi o tzw. sraczce podróżniczej – „traveller’s diarrhea”: Zjadasz olbrzymią ilość ludzi, bardzo szybko wydalasz olbrzymią ilość ludzi. I to niestety rzutuje na to, jakich ludzi spotykasz, jaki masz ich obraz. Na pewno. I jest to specyfika poznawania świata poprzez podróż. Niekiedy wręcz marzy mu się odcięcie się od ludzi (Ghana). Innym razem znów jest monotonnie. Fizjologia daje się ze znaki, miejscowe owady tykają nawet białych, a lokalne choroby nie przebierają w adresatach. Wróblewski jednak nie kryje się z negatywnymi emocjami. Szczerze o nich pisze. Zniesmaczony koniecznością płacenia za cień przy deklarowanej niespotykanej wręcz gościnności Maurów, tak podsumowuje pobyt w Mauretanii: Jestem wkurzony. Nie odpowiadam na zaczepki mijanych ludzi. Dajcie wy mi święty spokój. Chcę tylko jak najszybciej wyjechać z waszego kraju. Albo w Gabonie miewa się tak: Pompka nie działa. Coś się zatkało. Siadam, zapalam papierosa, chce mi się płakać. Mam już dość tej dżungli, tego roweru, tej Afryki i swędzenia. Paradoksalnie, nie kryjąc ani sympatii ani antypatii do spotkanych tubylców, zyskuje w moich oczach na autentyzmie. W owym braku poprawności politycznej tkwi wielka wartość tej książki.

„Do ciepłych krajów” czyta się jak powieść przygodową. Napisana jest lekko, nie stroniąc od potocznego języka. Wynika to pewnie z faktu, że książka jest ucieleśnieniem bloga. Forma internetowego pamiętnika rządzi się swoimi prawami, innymi niż literatura w standardowej postaci. Sugeruję, że dla tekstu Pawła Wróblewskiego, w moim przekonaniu, funkcjonowanie w sieci lepiej by uczyniło. Odniesienia na marginesach ksiązki do zdjęć zamieszczonych w internecie, do fragmentów wywiadu z autorem w drugiej części pracy, do rzeczonego bloga- to wszystko w wydaniu papierowym męczy. Taka hipertekstowa struktura właściwa sieci, w sieci sprawdza się najlepiej, gdzie czytelnik w swobodny sposób na bieżąco podąża za „przypisami”.

Nieciężka podróżnicza lektura, której nie brakuje myśli. Myśli pochodzących ewidentnie z mięśni.

____________________

Książka Do ciepłych krajów została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Area.

Tagi: , , , ,

4 komentarzy
Skomentuj »

  1. czesc, znajoma podeslala mi linka do tej recenzji, przeczytalem ja z wielka przyjemnoscia, jaka daje swiadomosc ze ktos przeczytal z uwaga i zechcial opisac jakos wrazenia z lektury. jeszcze wieksza radosc sprawil mi fakt, iz w recenzji nie pojawil sie poboczny ( moim zdaniem ) watek przywozenia pamiatek z podrozy.
    i wogole, troche glupio sie czuje komentujac tutaj, ale naprawde bardzo mi sie ta recenzja podoba. dziekuje pani recenzentko.

  2. i chcialem jeszcze dodac, ze calkowicie sie zgadzam z pani sugestiami.

  3. Bardzo dziękuję! Gratuluję podróży i tekstu z niej powstałego!

  4. Książki nie czytałem, ale recenzja mi się nie podoba.
    Napisana jest okropną polszczyzną.
    Ciężko przez nią przebrnąć.

Skomentuj