Wojna nie tylko o Kapuścińskiego
Darek13 marca 2010 | liczba odsłon: 407
Kategoria: Książki, Recenzje
Świat wybrał Kapuścińskiego na swojego cesarza, choć on bardziej widział się w roli rewolucjonisty, rebelianta obalającego stare dyktatury i wprowadzającego nowy porządek. Dziś rebeliantem okazał się cesarski uczeń, Artur Domosławski, który – przy całej niezwykłości i wielkości autora „Podróży z Herodotem” – w biografii mistrza pokazał portret zwykłego człowieka, uwikłanego w codzienność, balansującego między polityczną rzeczywistością, a utopijną ideą świata doskonałego. Domosławski został wywrotowcem, obalając pomniki i burząc cesarskie pałace. Kiedy zabierał się do roboty, musiał wiedzieć, że idzie na wojnę z całym światem.
A ten podzieliła linia frontu: wyznawcy Kapuścińskiego przeciwko rewolucji. O tej wojnie za chwilę, traz kilka słów o samej książce. Pośród wielu zarzutów postawionych Domosławskiemu, najbardziej absurdalny, moim zdaniem, jest ten dotyczący objętości. Faktycznie, niemal sześćset stron czytadła robi wrażenie. Ktoś mówi, że to o 150 stron za dużo, ktoś inny, że o 100. Może i można było napisać mniej, wszak każdy tekst da się skrócić. Ale barwność opisywanej postaci i zdarzeń, bogactwo życiorysu, uzasadniają rozmiary tomu. A książka pochłania i gdyby czasu wystarczało, przeczytałbym ją w jednym podejściu. No, może w dwóch rzutach.
Grzechy cięższe niż liczba stron stały się argumentem w dyskusji i amunicją na froncie, zanim jeszcze biografia ukazała się na rynku. Wielu krytyków deklarowało od razu, że jej nigdy nie przeczyta. W tym gronie znaleźli się ludzie rozmaici, od Władysława Bartoszewskiego – porównał całą rzecz do burdelu, po Zbigniewa Hołdysa – stwierdził, że Domosławski to kapuś i zdrajca. Jak dla mnie obaj święci-oburzeni są siebie warci. Do Bartoszewskiego już dawno nie mam atencji, bo uważam, że autorytetowi mianowanemu na profesora, pewne słowa nie przystoją, a do wulgarysty Hołdysa także straciłem „szacun”.
Deklaracje o bojkocie pozostawiam bez komentarza, za to chcę się zająć krytyką ze strony tych, co czytali. I tutaj także bogactwo ocen i opinii. A to, że Kapuściński jest autorytetem i mistrzem, a mistrza się nie tyka, a to, że Domosławski nie miał prawa pisać o jego życiu prywatnym, że powinien uszanować wolę wdowy, a to wreszcie, że Domosławski chciał się na tej książce dorobić.
Żaden z tych argumentów nie jest trafiony i zasadny w mojej ocenie. Bo nie ma autorytetu, którego życie powinno stanowić z jakichkolwiek powodu tabu. Zwłaszcza w tak delikatnej branży, jak dziennikarstwo, reportaż, relacja z czytelnikami, opisywanie, objaśnianie świata, kształtowanie światopoglądów. Autorytet, mistrz, nauczyciel, to ktoś, kto daje świadectwo. Jak żyć, jak pracować, jakim być człowiekiem. Co nie znaczy, że autorytet nie ma prawa do prywatnych upadków. Ale czytelnik może decydować, czy owe upadki są dla jego relacji z mistrzem problemem czy też nie. Co do stanowiska wdowy – rozumiem ją, choć brzmi to może nienaturalnie. Niestety, z przyczyn wyżej wymienionych, obstaję przy tym, że nie ma racji w sporze. Argument finansowy – że kasa, że sława itp. itd. Bzdura. Domosławski Kapuścińskim nie jest, ale chyba z tego powodu nie rozpacza. Autor „Hebanu” był mistrzem słowa, Domosławski jest doskonałym faktografem, a i słowem posługuje się całkiem sprawnie. Jego książki poszerzyły moją wiedzę o świecie i pozwoliły go lepiej rozumieć nie mniej niż dzieła Kapuścińskiego. Zwłaszcza „Gorączka latynoamerykańska” miała w tej kwestii znaczenie fundamentalne.
Jedna z negatywnych recenzji biografii wyszła spod pióra Remigiusza Grzeli. Dla mnie to o tyle ważne, że Remigiuszowi zawdzięczam swój własny mały debiut literacki sprzed kilku lat na internetowych łamach jego „Parnasu”. Grzela stanowczo twierdzi, że „nie wybaczy tego Domosławskiemu”. I bardzo szczegółowo pisze w liście do „Gazety Wyborczej”, co mu nie pasuje: „Na stronie 54 w rozdziale >>Legendy (1): ojciec i Katyń<< stawia Domosławski tezę, że Ryszard Kapuściński wykreował mit, jakoby jego ojciec uciekł z transportu do Katynia, bo kalkulował. >>W stronę Katynia trudniej rzucić kamieniem<< pisze Domosławski sugerując, że ten mit miał bronić Kapuścińskiego przed oskarżeniami o współpracę z wywiadem Polski Ludowej. Sama ta dosyć absurdalna teza już budzi mój niesmak, ale na tym nie koniec.” Kolejny zarzut: „Na stronie 411, w rozdziale >>Lapidarium (5): dlaczego Kapuściński nie ma w Polsce krytyki?<< przytacza Domosławski historię Jakuba Baruy, pół-Polaka, pół-Kenijczyka, młodego dokumentalisty, który nakręcił film >>Czarno widzę<<. Film ten Ryszard Kapuściński krytycznie ocenił w >>Lapidarium III<< i krytyka ta ukazała się najpierw w >>Gazecie<<, która drukowała odcinki >>Lapidarium<<. Pisał Kapuściński: >>W scenariuszu zebrane wypowiedzi Polaków świadczące, że są rasistami. Mówią o Afrykańczykach – czarnuchy i uważają ich za ludzi podrzędnych czy nawet nieludzi. Dla mnie powtarzanie tezy, że wielu Polaków jest rasistami, niewiele już wnosi nowego<<. Domosławski na pięciu stronach omawia tę sprawę, szczegółowo również film, sugerując, że krytyczna wypowiedź Kapuścińskiego zniszczyła karierę Baruy.”
To, co nie podoba się Remigiuszowi Grzeli wynika oczywiście z jego subiektywnego odbioru i oceny tego, co Domosławski napisał. I jak napisał. Ciekawe, że spośród wielu podobnych negatywnych ocen, trudno wyłuskać krytykę tego, co i jak pisał Kapuściński. Mówi się za to, że reportaż to tak naprawdę literatura, a jak literatura – to wiadomo, może zdarzyć się „własna interpretacja” albo swoista „licencia poetica”. Kapuściński mógł, Domosławski nie może. Nie może oceniać mistrza, nie może wedle swego uznania interpretować, krytykować, wnioskować.
Za to ja, jako prosty, niezbyt obyty w świecie i niespecjalnie wykształcony, czytelnik – mam nadzieję – mogę. I powiem szczerze. Kiedy czytałem tę biografię czasem ogarniała mnie wściekłość. Bo choć znam dość dobrze twórczość (to chyba dobre słowo) Ryszarda Kapuścińskiego, to jednak jego życiorysu nie znałem zbyt dokładnie.
Być może naiwnie, uważam, że wymaganie od reportażu trzymania się realiów i poruszania się w obszarze faktów, to moje – jako czytelnika – podstawowe prawo. A dla autora obowiązek. Reportażysta ma prawo do ocen, do impresji, do uwzględniania własnych odczuć i uczuć, ale musi trzymać się faktów, a nie zmyśleń. W przeciwnym razie może pisać z nadzieją na literacka nagrodę Nobla. Ale to nie będzie reportaż. Dziennikarstwo nieodłącznie, w każdym przejawie tego zawodu, kojarzy mi się z prawdą i rzetelnością. To tyle.
„Kapuściński non-fiction” to książka potrzebna i ważna. A dyskusje i spory wokół niej dotyczą czegoś więcej niż tylko biografii cesarza reportażu. Chodzi w nich o to, jak traktujemy swoich bohaterów, naszą historię, całą naszą tożsamość. Także o to, czy możemy „tykać” świętości i symboli, czy możemy sobie pozwolić na dystans do nich i do samych siebie. Czy chcemy mieć do czynienia z żywymi ludźmi czy naszymi wyobrażeniami o nich. To jest dla mnie ważne. Cała reszta sporów – czy jej pisanie bolało Domosławskiego, jak on się teraz czuje, czy ma wyrzuty sumienia, czy naraził się rodzinie Kapuścińskiego – nie interesuje mnie. Mało elegancko powiem, że to jego problem. Dla mnie ważne jest, że dostałem do ręki książkę rzetelnie udokumentowaną, popartą solidną pracą. I opowiadającą wielopłaszczyznową historię człowieka, który był nauczycielem wielu. I tę lekturę polecam każdemu. A sam zabieram się za czytanie Ryszarda Kapuścińskiego od nowa.
Dariusz Olejniczak









Zgadzam się z autorem ta książka jest ważna i potrzebna, bo pozwala nam poznać mistrza od nowa. A co najważniejsze, dzięki niej sam Kapuściński staje się bardziej ludzki i wyjątkowy. A lektura jego wszystkich książek o tym nam przypomni.
Zgadzam się, że to książka ważna, potrzebna i pożyteczna. Czekam też na „Jasienica no-fiction”, „Conrad non-fiction”, „Andrzejewski non-fiction” i kilka innych tego typu.
A wszystkich durniów, całą intelektualną hołotę, która uważa Kapiścińskiego, po lekturze książki Domosławskiego za szubrawca należy po prostu ol…