„We the media” – ty także jesteś dziennikarzem

Maciej Lewandowski
3 lutego 2009 | liczba odsłon: 1 518
Kategoria: Książki, Obcojęzyczne, Recenzje

W roku 2004 Dan Gillmor doświadczony publicysta amerykański napisał największe bluźnierstwo ery web 2.0: Teraz dziennikarzem może być każdy. Twierdzenie, które nie tylko wywołało szczere oburzenie ogromnej rzeszy zawodowych dziennikarzy i medioznawców, ale – co widać wyraźnie z perspektywy paru lat – zdecydowanie zmieniło obraz współczesnych mediów. Mediów, które – dzięki rozwojowi techniki informatycznej – przeżywają kolejną – największą od czasu skonstruowania maszyny drukarskiej – rewolucję. We the media nie jest – w moim odczuciu – pozycją leżącą u podstaw tej rewolucji, jest natomiast – dzięki bliższemu przyjrzeniu się i zdefiniowaniu tejże rewolucji – jej katalizatorem. Głównie – jak wykażę poniżej – dzięki temu jednemu, kontrowersyjnemu zdaniu: teraz dziennikarzem może być każdy.

Nowoczesna technika informacyjna przyczyną zmiany sposobu przekazywania informacji

We the media

Dan Gillmor opisał w swej książce wpływ, jaki współczesne, cyfrowe środki przekazu wywarły na proces przepływu informacji. Ukazał oddziaływanie nowoczesnych technologii komputerowych (aplikacji internetowych, telefonii komórkowej, cyfrowych aparatów fotograficznych, itp) na zmianę sposobu odbioru informacji i na zamianę ról w procesie jej przepływu. Opisując coraz wydajniejsze, mniejsze, łatwiejsze w użyciu, tańsze i dostępniejsze środki przekazu, zwrócił uwagę na fakt, iż stały się one – w dużej mierze – narzędziami wykorzystywanymi przez amatorów do informowania innych ludzi o otaczającym ich świecie.

Tak więc główną treścią We the media nie jest jak niektórzy twierdzą nawoływanie do rewolucji, czy konstruowanie jej ideologicznych podstaw, lecz jej analiza, opis i zdefiniowanie. Gillmor nie jest twórcą radykalnych zmian we współczesnych mediach – on jest ich sprawozdawcą.

Sądzę, że w tej chwili – po prawie pięciu latach od daty pierwszej publikacji książki nie ma ani sensu, ani potrzeby przedstawiania szczegółowych możliwości, jakie niosą ze sobą smsy, blogi, wiki, cyfrowe aparaty fotograficzne, laptopy podłączone do sieci bezprzewodowych, czy kamery internetowe. Przeciętny, współczesny użytkownik internetu zdaje sobie sprawę z różnorodnych sposobów wykorzystania tych narzędzi, a ówczesny entuzjazm autora (nota bene fachowca w dziedzinie komputerowej) możemy dziś odbierać raczej jako nostalgiczne świadectwo tamtych starych dobrych czasów, niż jako źródło wiedzy o prawdziwych nowinkach informatycznych. Nie w tym leży siła oddziaływania książki i nie na tym polega jej katalityczna moc. Jak wspomniałem wcześniej – jestem przekonany, że jednym z najważniejszych fragmentów We the media jest stwierdzenie, że we współczesnym świecie – dzięki rewolucyjnym zmianom technicznym – każdy człowiek, niezależnie od wieku, wykształcenia i wykonywanego zawodu, może być dziennikarzem. Konstatacja, która cytowana i wykorzystywana przez co najmniej trzy grupy społeczne biorące udział w procesie przekazywania informacji na trwałe zmieniła obraz współczesnych mediów. Podkreślić przy tym należy, iż wspomniane przeze mnie grupy (które wkrótce opiszę bardziej szczegółowo) wykorzystały (i wykorzystują) omawiany wniosek Gillmora w sposób dogodny dla siebie, często pomijając szersze tło i konkretne zastrzeżenia wyrażone przez doświadczonego dziennikarza.

Dziennikarzem może być każdy

Przyjrzyjmy się teraz dokładnie temu, co o zagadnieniu dziennikarstwa oddolnego (grassroots journalism) napisane jest w książce Gillmora.

Na stronie 134 (Dan Gillmor, We the media 2006), po przedstawieniu narzędzi wykorzystywanych przez dziennikarzy obywatelskich i nakreśleniu możliwości współpracy zawodowców z amatorami, Gillmor tak pisze o współczesnym dziennikarstwie: No matter which tools and technologies we embrace, we must maintain core principles, including fairness, accuracy, and thoroughness. These are not afterthoughts. They are essential if professional journalism expects to survive. (Niezależnie od tego, jakich narzędzi używamy, musimy trzymać się podstawowych zasad: uczciwości, dokładności i sumienności. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Te zasady to podstawy, bez których profesjonalne dziennikarstwo nie przetrwa. tłum. M.L.).

I dalej, o pracy redaktorów (Dan Gillmor, We the media 2006, str. 135): And we still need editors. Bloggers who disdain editors entirely, or who say they’re largely irrelevant to the process, are mistaken.(…) (Wciąż potrzebujemy redaktorów. Blogerzy całkowicie odrzucający redaktorów i ci, którzy twierdzą, że ich praca jest niepotrzebna, nie mają racji(…) tłum. M.L.).

Jak więc widać, Gillmor postawił wyraźne warunki, jakie muszą być spełnione, aby osobę dzielącą się w sieci informacjami, można było nazwać dziennikarzem. Warunki te to między innymi: uczciwość, dokładność, sumienność, wspominana w innych miejscach rzetelność oraz współpraca z osobą redagującą (sprawdzającą pod względem merytorycznym i fachowym) tekst. Spełnienie tych warunków – rzecz jasna – nie czyni jeszcze z danej osoby dziennikarza, ale jest konieczne, aby w ogóle móc zacząć myśleć o nazywaniu się tym mianem.

Podsumowując: Dan Gillmor, wskazując na technologiczne uwarunkowania współczesnego świata, stwierdził, iż – dzięki możliwościom niesionym przez te nowoczesne technologie – dziennikarzem może być dzisiaj każdy. Nigdzie jednak na kartach książki nie znajdziemy twierdzenia, że każdy, kto pisze i publikuje w internecie, jest dziennikarzem.

Książka Gillmora w służbie korporacyjnego zysku, autolansu amatorów i zawodowej pychy

Przedstawię teraz, wspomniane przeze mnie na początku tekstu, trzy grupy społeczne zaangażowane w proces dystrybucji informacji, które interpretując w dowolny sposób, bez szerszego kontekstu – słowa Gillmora o tym, że dziennikarzem może być dziś każdy, wykorzystują je do swych własnych, partykularnych, celów.

  • Serwisy internetowe

Infotuba - zostań dziennikarzem

Powyższe twierdzenie wykorzystywane jest przede wszystkim przez właścicieli i osoby zarządzające witrynami internetowymi, nazywanymi serwisami dziennikarstwa obywatelskiego. Należą do nich głównie wielkie korporacje medialne, ale także małe firmy, czy nawet pojedyncze osoby, próbujące zarobić przy pomocy publikowania bezpłatnego kontentu. W celu przyciągnięcia do siebie jak największej ilości potencjalnych autorów (ale również odbiorców), przekonują oni – manipulując słowami Gillmora – że każdy, kto opublikuje dowolny materiał w ich serwisie, stanie się (dzięki temu!) dziennikarzem.

Działalność taka w przypadku dużych firm, działających od lat w przemyśle prasowym, jest zwykłą manipulacją, lub – jak twierdzą ci, którzy na tym zarabiają – przemyślaną strategią marketingową. Trzeba przyznać, że – przynajmniej na rynku polskim – dosyć skuteczną, czyli tym bardziej szkodliwą.

Oto przykłady z polskiej sceny medialnej:

Zostań dziennikarzem! Dodaj swój news! (InfoTuba)

Dlatego każdy może zostać dziennikarzem Interia360! (Interia360)

Dziennikarzem obywatelskim może zostać absolutnie każdy. Jedyne, co jest niezbędne, to dobre chęci i chęć pisania. (Wiadomości24.pl)

Wymagania ? Nie. Wystarczy po prostu chęć pisania i dzielenia się z innymi wiadomościami i wiedzą. (Polityka-Polska)

I tylko jeden, ale jakże wymowny, przykład z zagranicy:

Allvoices is an open, unedited and unmediated site. Every voice (contribution) is automatically checked for spam and relevance to the news event. A contribution is not edited and is posted as is as long as it is relevant to the news event. The relevance is checked by our algorithms and technology – not humans.(AllVoices)

Serwis nazywający się pierwszą stroną dziennikarstwa otwartego (the first open media site), w celu przyciągnięcia jak największej rzeszy autorów, obiecuje im, że ich wiadomości nie będą podlegać żadnej edycji, a sprawdzenia informacji dokonują algorytmy i technologia, a nie ludzie!

  • Amatorscy dostawcy treści

Następna grupa (do której można zaliczyć także mnie) to amatorzy, którzy – za sprawą gwałtownego rozwoju technologii informatycznej – przeobrazili się z biernych odbiorców, w aktywnych współuczestników procesu dystrybucji informacji. Sam fakt chęci dzielenia się wiedzą nie jest – oczywiście – niczym nagannym. Zamiana ról prowadząca do zwiększenia liczby dostępnych źródeł informacji – przy spełnieniu odpowiednich warunków – jest zjawiskiem potrzebnym i może przyczynić się do polepszenia stanu wiedzy społeczeństwa. Przejęcie przez dotychczasowych odbiorców roli aktywnych twórców skutkuje także – w wielu wypadkach – zwiększonym, wszechstronnym rozwojem osobowości człowieka, który podjął się tego zadania (polecam prace omawiające ten aspekt darmowej pracy na rzecz korporacji, Yochai Benklera i Titziana Terranova, dostępne po polsku między innymi w magazynie Kultura Popularna, nr 1 z 2008 r.). Problemem jednak – i to dużym – pozostaje fakt, iż przeważająca większość tych osób – głównie wskutek nachalnej propagandy firm medialnych wykorzystujących ich pracę nazywa się dziennikarzami, pomimo iż nie spełniają oni podstawowych wymogów stawianych wykonawcom tego zawodu (o których to wymaganiach także wspomina Gillmor). Osoba, która opublikowała – nawet w serwisie nazywanym patetycznie serwisem dziennikarstwa obywatelskiego – tekst o psującym się samochodzie, nieuporządkowane przemyślenia na temat wypowiedzi jakiegoś polityka, czy parę zdjęć przedstawiających kwiatki w ogródku (nawet bardzo ładne kwiatki) – nie staje się – w związku z tym faktem dziennikarzem. Podobnie, jak osoba, która opublikuje w serwisie społecznościowym swoje wrażenia z filmu, nie staje się automatycznie krytykiem filmowym.

Dan Gillmor

Z faktu tego wynikają ogromne zagrożenia – zarówno dla samych piszących, jak również dla opisywanych przez nich osób oraz – co najważniejsze – dla społeczeństwa. Wielu odbiorców – pomimo malejącego autorytetu mediów – wciąż traktuje gazetę (nieważne: drukowaną, czy internetową), jako podstawowe źródło informacji (zgodnie zresztą z jej pierwotną funkcją). Tak więc nierzetelne, niesprawdzone, niedokładne, amatorskie zapiski, które opublikowane zostały przez poważną firmę medialną, czytelnicy odbierają jako wiarygodne wiadomości dziennikarskie – tym bardziej, iż ich autorzy z chęcią przekonują wszystkich dookoła, iż są dziennikarzami. Zdarzają się takie przypadki, jak teksty będące próbą nacisku na sąd w konkretnej – zupełnie niezbadanej przez dziennikarza sprawie, czy krytyka nieistniejącego holenderskiego aktu prawnego (dziennikarz jako źródło podawał rosyjską stronę internetową). Działalność taka szkodzi wszystkim – co do tego nie ma chyba wątpliwości. Rozumiejąc przy tym niedoświadczenie i – niestety – zwykłą niefrasobliwość autorów tego typu materiałów, ogromne zdziwienie wywołuje fakt, iż teksty tego typu ukazują się w serwisach prowadzonych przez zawodowców pod szyldem dziennikarstwa (obywatelskiego).

W imię maksymalizacji zysku, szefowie tych koncernów i podwładni im redaktorzy, wyrządzają krzywdę nie tylko zawodowi dziennikarskiemu, ale – co gorsza – rzeszom nieświadomych odbiorców. Dziennikarstwo obywatelskie, zamiast lepiej informować – o czym pisał Gillmor – dezinformuje – do spółki i pod patronatem ponadnarodowych behemotów medialnych (określenie Dana Gillmora).

  • Rozzłoszczeni zawodowcy

Zawodowi dziennikarze, skupiając się na fakcie, iż określenie dziennikarz straciło swój dotychczasowy – elitarny – charakter i czując narastające zagrożenie ze strony coraz aktywniejszych amatorów – reagują często gwałtownym oburzeniem. Głównym celem ich protestów jest – jak wspomniałem – sam termin dziennikarz, który – ich zdaniem – przynależny jest tylko im samym. Biorąc pod uwagę wszystkie niedoskonałości zjawiska dziennikarstwa oddolnego, należy częściowo przyznać im rację. Krytyka ze strony profesjonalistów posunięta jest jednak zbyt daleko – wskazują oni (z pogardliwą wyższością) na wszystkie te wady amatorskiego dziennikarstwa, które są także – od wielu lat – udziałem zawodowców. Pisząc o nierzetelności, nieudolności językowej, małej ilości oryginalnych wiadomości newsowych, czy o tendencyjnym przedstawianiu opisywanych zagadnień – zapominają, że są to często ich własne błędy, które doprowadziły do znacznego obniżenia zaufania społecznego do prasy i w rezultacie stały się podstawą ruchu społecznego, zmierzającego do uzdrowienia mediów. Ruchu, z którego w prostej linii wywodzi się idea dziennikarstwa obywatelskiego – zawłaszczona w tej chwili paradoksalnie – przez koncerny medialne. Koncerny, które – publikując darmową zawartość – popełniają identyczne błędy, jakie popełniały współpracując z zawodowcami. Z tą różnicą, że w chwili obecnej oszczędzają duże pieniądze na pracownikach – co także jest obiektem niezadowolenia zawodowych dziennikarzy.

We the media przyczyną klęski?

Jak więc widać – wpływ książki Gillmora na sytuację mediów (przynajmniej w naszym kraju) zdaje się być raczej negatywny. Cały trud włożony przez autora – w zanalizowanie możliwości, jakie przyniosły ze sobą nowoczesne rozwiązania technologiczne i nakreślenie jak najefektywniejszego ich wykorzystania – zniweczony został niefortunnym stwierdzeniem o tym, że dziennikarzem może być dziś każdy. Czytelnicy (wśród nich także management ponadnarodowych korporacji medialnych) wykorzystali to zdanie do granic wytrzymałości, obrzydzając i deprecjonując – w szerokim odczuciu społecznym – szczytną ideę darmowego dzielenia się informacjami. Ideę, której celem była i jest poprawa stanu poinformowania społeczeństwa, a która stała się – jak bywało to niejednokrotnie w historii – jeszcze jednym narzędziem służącym do generowania zysków.

Największym – w moim odczuciu – błędem Gillmora, było niedostateczne podkreślenie wszystkich niezbędnych wymagań stawianych przed dziennikarzami. Wymowa jego książki – w takim kształcie, jak została opublikowana – doprowadziła do jeszcze większego chaosu informacyjnego, niż miało to miejsce przed pięcioma laty. Rzetelność, bezstronność, uczciwość, dokładność – to należało podkreślać, a nie to, że każdy człowiek zasiadający przy klawiaturze komputera, może być dziennikarzem. Zabrakło jednoznacznego stwierdzenia, iż – pomimo tego, że każdy z nas może nim być, to – nie każdy publikujący w internecie – nim jest.

Wydaje się, że sam autor doszedł do podobnych wniosków i – w związku z tym – poświęcił się aktywności, mającej na celu medialną edukację społeczeństwa. Zarówno jego najnowsza – wciąż w trakcie pisania – książka, jak i serwis internetowy NewsTrust, mają na celu poprawę świadomości odbiorców informacji i pomoc w odróżnieniu rzetelnych, uczciwych wiadomości, od dziennikarskich kłamstw i manipulacji. Więcej o obecnej działalności Dana Gillmora przeczytać można w artykule: Dan Gillmor – w trosce o czytelników.

Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska

Autor fotografii Dana Gillmora: Tino Kreutzer (licencja: CC-BY, źródło: flickr)
Tagi: , , , , ,

16 komentarzy
Skomentuj »

  1. Widzę, że jest trochę wejść z różnych serwisów „dziennikarstwa obywatelskiego”. Zapraszam czytających do komentarzy, do krytyki.

  2. Zaskakująca trochę teza, że dziennikarstwo obywatelskie wprowadza jeszcze więcej zamieszania do i tak już nakręconego szumu medialnego. I właściwie się z tym zgadzam, tylko, że powiedziałbym, że to nie bardzo pogarsza stan mediów.
    O ile naprawdę dobre teksty piszą dziennikarze specjaliści, dla przykładu: korespondencje z turniejów tenisowych Gazety, z mojego poletka: artykuły o podatkach Piotra Skwirowskiego (Gazeta), Ewa Matyszewska (Gazeta Prawna), czy wiele innych przykładów. O tyle newsy, które zapełniają większość czołówek prasowych, są zwykle bezrefleksyjnie opracowywane przez stażystów, albo bez doświadczenia, lub bez wiedzy na temat, który piszą.
    Popełniają w tym materiałach dziesiątki rzeczowych błędów, często stając się pośmiewiskiem internautów, którzy wytykają im błędy w komentarzach, co gorsza, nikt tych uwag nie bierze do serca i tekty wiszą tygodniami:
    Przykład: http://asen24.wordpress.com/2009/01/09/pap-sie-myli-a-za-nim-reszta/ (część linków na szczęście już poznikała, ale Puls Biznesu dalej straszy).

    Podsumowując dziennikarstwo obywatelskie prędzej samo nakręci się na rzeczowość i rzetelność niż pędząca maszynka do zarabiania pieniędzy, czyli Mainstream. Oczywiście nie jako zjawisko, ale najlepsi D.O. szybko staną się konkurencją dla zawodowców (często zresztą ich dystansując).

  3. Najlepsi zostaną wchłonięci przez korporacje i przerobieni na kolejnych dostarczycieli papki. Nie tędy droga, moim zdaniem.

  4. Nie wszyscy są zainteresowani pracą, zwłaszcza niskopłatnym, pełnoetatowym, dyspozycyjnym etatem dla behemota medialnego. Jeżeli ktoś jest specjalistą w swojej branży, to ma w niej także zatrudnienie, i dziennikarskie gaże go nie skuszą.

    Poza tym taka praca nie jest żadnym zabezpieczeniem na przyszłość, każdego dnia możesz się dowiedzieć, że jesteś już nie potrzeby i możesz iść.
    Przykład? Twórca i pomysłodawca Wiadomosci24.pl zwolniony z Polskapresse po okresie rozruchu serwisu, ten sam twórca i pomysłodawca MMek, zwolniony po osiągnięciu miliona unikalnych użytkowników dla Media Regionalne. ( http://www.mmtrojmiasto.pl/4576/2009/2/6/czy-pierwszy-milion-trzeba-ukrasc-wideo )

  5. Szok, nie wiedziałem :(

  6. Pewnie czas Maćku wrócić do rozmów prowadzonych nocną porą na tarasie, hehe. Pozdrawiam Ciebie serdecznie:)

  7. Ja zawsze z wielką chęcią powrócę do tych rozmów, Ewo. :)

    Pozdrawiam również bardzo mocno – Ciebie i Mirka!

  8. [...] —– Przeczytaj także: Krytycznie o dziennikarstwie obywatelskim w tekście Macieja Lewandowskiego: “We the media” – ty także jesteś dziennikarzem [...]

  9. Rozzłoszczeni zawodowcy – no właśnie, czy i w jakim stopniu zawodowcy-etatowcy mają podstawy, żeby obawiać się konkurencji ze strony dziennikarzy obywatelskich? Czy to, że będzie/jest coraz więcej dziennikarzy, dziennikarzy obywatelskich, dziennikarzy amatorów itp. będzie świadczyło o większej konkurencji i wzroście poziomu informacji czy wręcz odwrotnie?
    Pojawiająca się konkurencja pewnie będzie wpływać na jeszcze szerszy i łatwiejszy dostęp do informacji, jej wytworzenie będzie tańsze, zarobki dziennikarzy będą spadać, bo będzie ich coraz więcej… zastanawia mnie tylko czy przejdzie to w jakość.
    Jedno natomiast jest pewne: prestiż zawodu dziennikarza znacznie się obniżył, obniża i będzie obniżał…

  10. Strach przed konkurencją ma (zawsze) podłoże ekonomiczne.

    Zawodowi dziennikarze zostają zwalniani, redukuje się etaty, ewentualnie znacząco obniża pensje (PolskaPresse). I równocześnie zachęca się coraz bardziej, coraz głośniej i aktywniej, do przejmowania roli zwolnionych dziennikarzy przez amatorów – „dziennikarzy obywatelskich”. Zwolnienia, zauważmy, dotykają nie tylko „szeregowych dostarczycieli newsów” (wybaczcie mi to określenie), ale również specjalistów – uznanych reporterów, w tym korespondentów zagranicznych (GW w ostatnim miesiącu np.). Oczywiście – nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek z amatorów mógł zastąpić zwolnionych przez Agorę specjalistów od Bliskiego Wschodu, czy Indii (myslę, że szefowie koncernu też sobie tego nie wyobrażają), ale wyobrażam sobie, jak wielkie parcie muszą odczuwać „poszukiwacze niezabezpieczonej studzienki kanalizacyjnej”, czy „tropiciele polityków w kajdankach” – ich bardzo łatwo zastąpić „obywatelskimi”. Tu jest obszar strachu – w moim przekonaniu.

    Swoją drogą warto byłoby przepytać na tę okoliczność paru zawodowców… :)

  11. Popularnośc internetu i portali dziennikarstwa obywatelskiego, spowodowało że wielu ludzi zauważyło w tym szansę na pokazanie szerszemu odbiorcy swoich publikacji. I choć nie zawsze ona jest uważana za wartościową i nie dorównuje prawdziwemu dziennikarstwu nie zmienia to faktu, że wielu piszących dziś w portalach obywatelskich może w przyszłości pracować w mediach. Wszystko zależy od ich talentu, ciągłego uczenia się, zdobywania praktyki, doświadczenia, uczenia się od profesjonalistów i od wiary w samego siebie i pewności, że to co robią jest dobre. Stąd nie należy marginalizować dziennikarstwa obywatelskiego, bo ono z czasem będzie się coraz bardziej profesjonalizować.

  12. Dobra recenzja.

  13. Robercie – ja nie chcę marginalizować oddolnych aktywności medialnych. Uważam natomiast, że nie każda taka aktywność, to dziennikarstwo (obojętne, z jakim określeniem – obywatelskie, oddolne, społeczne, internetowe…). Uważam, że aby taką aktywność móc nazwać dziennikarstwem, trzeba spełnić odpowiednie warunki – o których także pisał Gillmor, tylko niedostatecznie je podkreślił. Twierdzę ponadto, że atrakcyjność samego terminu „dziennikarstwo” została wykorzystana przez korporacyjnych manipulatorów po to, aby przyciągnąć do swoich projektów medialnych jak największą liczbę autorów, którym wmawia się, że wystarczą same dobre chęci (wymagania? nie żadnych!) do tego, aby być dziennikarzem.

  14. Z tym się zgadzam. Tylko uważam, że wielu z tych ludzi w przyszłości może pisać lepiej i na przyzwotym poziomie, jeśli najpierw trafią pod opiekę speców od dziennikarstwa i zdobędą doświadczenie, bo moim zdaniem najwazniejsza jest praktyka, chęci, uczenie się od tych, którzy to robią zawodowo i potrafią się tą wiedzą dzielić z młodymi ludzmi. Poza tym trzeb zobaczyć jak dalej będzie się rozwjać ta forma uczestnictwa w sieci w czasie, ponieważ dziennikarstwo obywatelskie, blogi dziś są popularne, jest na nie moda i zapotrzebowanie, bo są twórcy i odbiorcy. Jednak sądze, że ci, którzy się tym pasjonują w przyszłości mogą zostać dziennikarzami zawodowymi, a ci którzy traktują to jak modne i na czasie przestaną pisać.

  15. Najważniejsza jest praktyka i wskazówki udzielane przez tych, którzy mają spore – zawodowe – doświadczenie – jak najbardziej. Tylko sytuacja jest taka, że nie spotkałem (w Polsce) podmiotu, który chce – tak po prostu, bez żadnych warunków wstepnych – pomagać niedoświadczonym adeptom. Wszystkie akcje, praktyki, szkolenia, itp… są albo płatne (i to sporo), albo skierowane na wychowywanie swoich kadr. Nie ma czegoś takiego, żeby nauczyć ludzi, którzy chcą się nauczyć, podstaw sztuki w celu podniesienia ich kwalifikacji. Korporacje robią to w sposób zamknięty, mając na celu tylko i wyłącznie swoje dobro – a nie dobro nadrzędne, czyli odbiorcy.

    Na zachodzie jest sporo otwartych inicjatyw tego typu, dużo także w sieci – chociażby projekty zainicjowane i prowadzone przez Gillmora. W Polsce zapisujesz się na jakieś „letnie (zimowe, wiosenne…) szkoły dziennikarstwa obywatelskiego, prowadzone przez korporację Q, X, Z… – liczba uczestników to 15, 20 osób. Po tym przyspieszonym (często weekendowym) kursie tych 20 osób czegoś się nauczy (mam wrażenie), ale już – w życiu – nie podzieli się swoją nowo nabytą wiedzą z tysiącami innych piszących.

  16. Moim zdaniem powoli to się zmieni na lepsze. Wiem, że we Wrocławiu są warsztaty dziennikarskie dla osób chętnych uczyć się dziennikarstwa-e-lama.pl, teraz ostatnio wiadomości24.pl coś też organizowały i jeśli chce się odbyć praktyki obecnie dużo portali organizuje to on-line. Trzeba tylko z nimi nawiązać kontakt. A co do tego, że wielu, którzy coś umieją i się tym nie dzielą, to zależy to przede wszystkich od ich kultury intelektualnej, ponieważ po to sie czegoś uczymy, by się tym z kimś podzielić.

Skomentuj