Tragedia Libanu
14 stycznia 2010 | liczba odsłon: 261
Kategoria: Książki, Obcojęzyczne
Libańska tragedia rozpoczęła się na dobre wraz z wybuchem gwałtownych walk pomiędzy miejscowymi muzułmanami a bojówkami chrześcijańskimi w roku 1975, lecz jej przyczyny tkwią w dużo wcześniejszych decyzjach politycznych dotyczących rejonu Bliskiego Wschodu podejmowanych przez ówczesne mocarstwa europejskie. Opowieść Roberta Fiska, Pity the Nation, rozpoczyna się w momencie utworzenia państwa Izrael w roku 1948, autor cofa się jednak do czasów Drugiej Wojny Światowej i okresu tuż po niej, rozmawiając z tymi, którzy przeżyli koszmar Holokaustu. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o wpływ narodowej tragedii na dalsze losy nielicznych ocalałych, autor odwiedza również Polskę: w Warszawie spotyka się z przedwojennym żydowskim nauczycielem, w Oświęcimiu stara się pojąć, jak ogrom krzywdy wyrządzonej Żydom ukształtował psychikę tych z nich, którzy przeżyli.
Przez całą książkę – poczynając od opisów exodusu Palestyńczyków w roku 1948, poprzez masakrę w Sabrze i Szatili, a kończąc na relacjach terroryzowanych przez izraelskich najeźdźców mieszkańców wiosek południowego Libanu – Fisk zastanawia się, w jaki sposób naród, który doświadczył masowej eksterminacji może w podobny sposób traktować przedstawicieli innych nacji.
Ale, rzecz jasna, nie tylko Izraelici odpowiedzialni byli za tragedię Libańczyków. W równej mierze do krwawych wydarzeń ćwierćwiecza przyczynili się sami mieszkańcy tego pięknego kraju, jak i światowe mocarstwa (USA, były Związek Radziecki, Zjednoczone Królestwo, Francja i cała ONZ) oraz Palestyńczycy, Syria, Irak i Iran. Liban stał się polem bitwy zarówno dla zwalczających się sił religijnych (szyici, sunnici, druzowie, maronici), jak i państwowych (Izrael, Syria, USA, ZSRR). To właśnie na ulicach zachodniego Bejrutu toczyły się najbardziej krwawe walki o zdobycie przywództwa nad palestyńskimi bojówkami niepodległościowymi, to tam powstawał radykalny pro-irański Hezbollah, to tam chrześcijańska falanga mordowała niewinnych cywilów, to tam rodził się pomysł samobójczych ataków skrajnych islamistów na nieprzyjacielskie cele – w tym także cywilne. To piękne miasto, nazywane niegdyś (trochę na wyrost, zdaniem autora książki) „Paryżem Bliskiego Wschodu”, niszczone przez kilkadziesiąt lat przez wszystkie zaangażowane w konflikt siły, stało się na początku lat osiemdziesiątych 20. wieku miejscem masowych porwań zachodnich dyplomatów i dziennikarzy.
Przez cały opisywany w książce okres Fisk mieszkał i pracował w zachodnim Bejrucie, nie wyjechał stamtąd nawet wówczas, kiedy porwano jego najbliższego przyjaciela, amerykańskiego korespondenta Associated Press, Terry’ego Andersona. Pomimo kilkukrotnych prób porwania, pomimo wiadomości o śmierciach kolejnych zakładników, Fisk – wraz ze swą partnerką, Larą Marlowe z „Financial Times” – pozostawał w Bejrucie, aby przekazywać światu informacje o rozwoju wypadków.
Wstrząsająca, krwawa relacja zawarta w Pity the Nation kończy się – już po szczęśliwym uwolnieniu Andersona – opisem masakry w Kanie w 1996 i początków odbudowy libańskiej stolicy. Autor z optymizmem patrzy w przyszłość, mając nadzieję, że tym razem wojna naprawdę się skończyła. Nie ma jednak racji, po raz kolejny okazuje się, że libańska tragedia nie ma końca – nowe tysiąclecie przyniesie z sobą nowe bombardowania, nowe morderstwa cywilów, nowe okupacje…
Wydarzenia opisane w książce są już historią, ale historią, którą poznać powinien każdy, kto chce zrozumieć istotę bliskowschodniego konfliktu i jego dzisiejszy obraz. Historią, z którą musi zaznajomić się ten, kto chce świadomie wypowiadać się o współczesnym terroryzmie islamskim, o wydarzeniach 11 września 2001, o wojnie w Iraku, o samobójczych zamachach islamskich ekstremistów. To tam – w Libanie, w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, wszystko się zaczynało…
Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska








„Przez całą książkę [...] Fisk zastanawia się, w jaki sposób naród, który doświadczył masowej eksterminacji może w podobny sposób traktować przedstawicieli innych nacji.”
Szczerze mówiąc też się nad tym zastanawiałam. Czasem odnoszę wrażenie, że wojsko izraelskie wzoruje się na SS. Jakby to przerażająco nie brzmiało. Ale może faktycznie ktoś doszedł kiedyś do wniosku, że jedyną szansą na zakończenie losu ofiar jest wzięcie przykładu z oprawców? Byłoby to niesamowicie smutne…
każdy się chyba nad tym zastanawia. ja myślę, że oni po prostu wiedzą, iż to najskuteczniejsza metoda. i tyle. to bardzo proste. poza tym wierzą, że są narodem wybranym. taka wiara otwiera każdą granicę, także w głowie.
inna rzecz, że palestyński terroryzm na tej ziemi jest faktem, niezależnie od genezy sprzed 60 lat.