Rowerem przez Tybet
18 lutego 2012 | liczba odsłon: 150
Kategoria: Książki, Recenzje
Chyba każda recenzja tej książki zaczyna się od magicznego słowa – Tybet. Więc i ja nie będę odstawał od reszty i wzdychnę z z zazdrością… Tybet! Magiczna kraina o której każdy chyba słyszał, marzył i czytał. Nieliczni zdecydowali się ją przemierzyć. Jeszcze rzadziej robili to rowerzyści. A samotni rowerzyści to już chyba wcale. No, może oprócz jednego człowieka z fantazją z Polski, Piotrka Strzeżysza.
„Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata” to zapis samotnej rowerowej wyprawy autora po Tybecie. Czy tak się da? Niby nie, podróżowanie po Tybecie jest ograniczone wieloma restrykcjami. Oficjalnie nie ma mowy, żeby podróżować tam bez specjalnego kompletu zezwoleń, zorganizowanej grupy turystów, poruszać się można tylko wyznaczonymi szlakami. Jednak autor nie zniechęca się takimi informacjami, bierze rower i wyrusza do Chin. Okazuje się, że najbardziej niedostępna część Państwa Środka, zarówno geograficznie, jak i politycznie, da się zjeździć rowerem, byle tylko nie poddawać się przeciwnościom i wierzyć, że się uda.
Wyprawa Piotra robi wrażenie. Samotnie podróżując po Tybecie poznaje miejsca niedostępne zwykłym turystom. Wioski rozrzucone po Tybecie stają przed nim otworem. Poznaje mieszkańców i ich codzienne życie. Mimo bariery językowej często udaje mu się skorzystać z ich gościny, schronić się na noc pod ich dachem, spróbować jedzenia jakim żywią się na co dzień – campy która to wedle tłumaczeń Tybetańczyków jest bardzo pożywna i daje dużo siły.
Książka napisana jest lekkim, swobodnym językiem, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Autor nie tylko podróżuje przez ciekawą krainę, ale i potrafi o tym interesująco pisać. Poznajemy jego codzienny trud podróży. Wysiłek związany z podjazdami na przełęcze, przyjemność zjazdu, zachwycamy się wraz z Piotrem surową urodą Tybetu i oganiamy się tak jak on od ciekawskich i wszędobylskich dzieciaków. Wraz z nim poznajemy przygodnych towarzyszy podróży z którymi spędza kilka dni, lub tylko kilka godzin, śpimy na twardych podłogach w górskich wioskach lub w namiocie na tybetańskim pustkowiu. Zwiedzamy tybetańskie miasta wraz ze słynną Lhasą, aż w końcu docieramy do bazy pod Everestem, by wrócić z powrotem przez bezdroża do znów do Lhasy. Całość okraszona jest wieloma zdjęciami będącymi dopełnieniem opisów w książce. Naprawdę ma się wrażenie, że uczestniczymy w wyprawie.
Przyznaję, że podziwiam autora za jego odwagę wyruszania na dalekie samotne rowerowe wyprawy. Wrażenia niewątpliwie są niezapomniane i bardzo się cieszę, że udało mi się na tą książkę trafić i ją przeczytać. Kocham rowery i wycieczki rowerowe, ale najczęściej zwiedzam tylko okolice, okazjonalnie zabierając rower na wakacyjne wyjazdy. Dzięki takim ludziom jak Piotr Strzeżysz wiem, że dla człowieka z rowerem nie ma granic. Pewnie nigdy nie odwiedzę Tybetu, ale patrząc na uśmiechniętą twarz autora zerkającą na mnie ze zdjęć w książce mam wrażenie, że jednak trochę tam byłem.
____________________
Książka Campa w sakwach została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Bezdroża.









