Reportaże baśnią malowane

Marta Wieszczycka
14 kwietnia 2009 | liczba odsłon: 1 194
Kategoria: Książki, Recenzje

Nowohucka telenowela, Renata Radłowska

Tego się nikt nie spodziewał, bo i z czym może się kojarzyć Nowa Huta? Z szarością, komunizmem, beznadzieją, blokowiskiem. Jeśli reportaże, to grubo ciosane o nudnych ludziach z żelaza, marmuru i stali.

Tymczasem dostajemy do rąk książkę pisaną językiem dawnych przypowieści. Ciepłą, nieco melancholijną, ale przede wszystkim pokazującą nam Nową Hutę, jakiej nie znamy.

Renata Radłowska w „Nowohuckiej telenoweli” snuje opowieść o ludziach, miejscach, uczuciach. O świecie przed Nową Hutą – bo tam wcale nie było ugorów – były piękne wsie, a w nich sady, łąki, zboża, czyjś cały świat, o którym na wiele lat kazano ludziom zapomnieć. Były zabytki, które próbowali ratować przedwojenni architekci, zatrudnieni do projektowania miasta (Nowa Huta była bowiem na początku osobnym miastem, w pewnym sensie konkurencyjnym wobec Krakowa, który miała przyćmić).

Jak się dobrze przyjrzymy, może jeszcze znajdziemy okruchy czasu sprzed Huty. Drewnianą chatę w Grębałowie, która przewieziona w kawałkach na furmance i postawiona od nowa w końcu zapuściła korzenie,albo stary cmentarz wśród blokowisk. Może odnajdziemy też ślady pierwszych ładnych, przytulnych projektów, tworzonych dla ludzi, nie dla nowoczesności – łuki, skosy, ciekawe fasady, rozety z pierwszego okresu. Dopiero potem przyszedł pośpiech, oszczędności i bylejakość.

Przeczytamy historię o straszliwym upiorze, który ukazywał się w różnych miejscach równocześnie, także racjonalnym junaczkom, co to w zabobony nie wierzą i historię o klątwie, którą matka rzuciła na córkę za przekroczenie granicy między nowym a starym i o wróżce co stawiała taroty na grębałowskim cmentarzu.

Zobaczymy ludzi, którzy ziemi oddać nie chcieli i tych, dla których nowe miasto (reklamowane we wsiach całej Polski) miało się stać nowym początkiem.

Poznamy Franciszka, co propagandowe mrzonki potraktował poważnie i uwierzył, że tam ludzie domy też dla siebie budują. Adama, wierzącego w szczęśliwe miejskie życie, na którego ciotka umierając nieoczekiwanie przelała całą miłość do rodzinnej wsi. Pechowego Ziutka – dobrodusznego złodzieja i Romana, który zakochał się w dziewczynie potrafiącej rozszyfrować nieskończoność. Dowiemy się też, jak zwykły Edek w samym środku robotniczej huty został prawdziwym Aniołem Stróżem i… jak to się robi.

Zobaczymy też gdzieś w tle znaną szarość, zepsucie, biedę i cwaniactwo. Ludzi pozbawionych skrupułów, wszechobecny pył, ścisk i beznadzieję. Gwałty, kradzieże i pokątne pozbywanie się niechcianych dzieci.

Jednak znany nam dotychczas obraz Nowej Huty pęka, otwieramy szeroko oczy, dowiadujemy się rzeczy zaskakujących, poznajemy drugie i trzecie dno.  Czyż nie na tym polega dobry reportaż?

Tagi: , , ,

4 komentarzy
Skomentuj »

  1. Bardo chciałam przeczytać tę książkę, wszak mowa o miejscu w którym przez wiele lat mieszkałam. Dziękuję za recenzję :)

  2. Chciałabym się dowiedzieć jak zostać prawdziwym Aniołem Stróżem, to mogłoby być ciekawe :)

  3. Agata wcale Ci się nie dziwię, swoją drogą ja bym chciała, żeby ktoś taką książkę napisał o mojej dzielnicy :)
    Margit z książki wynika, że w zasadzie każdy może się o to pokusić, choć niektóre zawody bardziej temu sprzyjają :)

  4. Nowa Huta kojarzy mi się z domem rodzinnym i dzieciństwem. Choć spędzone w blokowisku to nie pamiętam żadnej beznadziei, raczej w pamięci mam gry statkami wojennymi, (narysowanymi przez jednego z nas, miał z 12 lat) który urządzaliśmy na szerokich korytarzach (18 mieszkań na piętrze).
    A i przy okazji, wara od zmieniania nazwy Nowej Huty, bardziej z nią sie identyfikuję niż z Krakowem, który mam wpisany w dowodzie osobistym jako miejsce urodzenia, choć urodziłem się oczywiście w Nowej Hucie, na Skarpie.

Skomentuj