Reportaże baśnią malowane
14 kwietnia 2009 | liczba odsłon: 1 164
Kategoria: Książki, Recenzje
Tego się nikt nie spodziewał, bo i z czym może się kojarzyć Nowa Huta? Z szarością, komunizmem, beznadzieją, blokowiskiem. Jeśli reportaże, to grubo ciosane o nudnych ludziach z żelaza, marmuru i stali.
Tymczasem dostajemy do rąk książkę pisaną językiem dawnych przypowieści. Ciepłą, nieco melancholijną, ale przede wszystkim pokazującą nam Nową Hutę, jakiej nie znamy.
Renata Radłowska w „Nowohuckiej telenoweli” snuje opowieść o ludziach, miejscach, uczuciach. O świecie przed Nową Hutą – bo tam wcale nie było ugorów – były piękne wsie, a w nich sady, łąki, zboża, czyjś cały świat, o którym na wiele lat kazano ludziom zapomnieć. Były zabytki, które próbowali ratować przedwojenni architekci, zatrudnieni do projektowania miasta (Nowa Huta była bowiem na początku osobnym miastem, w pewnym sensie konkurencyjnym wobec Krakowa, który miała przyćmić).
Jak się dobrze przyjrzymy, może jeszcze znajdziemy okruchy czasu sprzed Huty. Drewnianą chatę w Grębałowie, która przewieziona w kawałkach na furmance i postawiona od nowa w końcu zapuściła korzenie,albo stary cmentarz wśród blokowisk. Może odnajdziemy też ślady pierwszych ładnych, przytulnych projektów, tworzonych dla ludzi, nie dla nowoczesności – łuki, skosy, ciekawe fasady, rozety z pierwszego okresu. Dopiero potem przyszedł pośpiech, oszczędności i bylejakość.
Przeczytamy historię o straszliwym upiorze, który ukazywał się w różnych miejscach równocześnie, także racjonalnym junaczkom, co to w zabobony nie wierzą i historię o klątwie, którą matka rzuciła na córkę za przekroczenie granicy między nowym a starym i o wróżce co stawiała taroty na grębałowskim cmentarzu.
Zobaczymy ludzi, którzy ziemi oddać nie chcieli i tych, dla których nowe miasto (reklamowane we wsiach całej Polski) miało się stać nowym początkiem.
Poznamy Franciszka, co propagandowe mrzonki potraktował poważnie i uwierzył, że tam ludzie domy też dla siebie budują. Adama, wierzącego w szczęśliwe miejskie życie, na którego ciotka umierając nieoczekiwanie przelała całą miłość do rodzinnej wsi. Pechowego Ziutka – dobrodusznego złodzieja i Romana, który zakochał się w dziewczynie potrafiącej rozszyfrować nieskończoność. Dowiemy się też, jak zwykły Edek w samym środku robotniczej huty został prawdziwym Aniołem Stróżem i… jak to się robi.
Zobaczymy też gdzieś w tle znaną szarość, zepsucie, biedę i cwaniactwo. Ludzi pozbawionych skrupułów, wszechobecny pył, ścisk i beznadzieję. Gwałty, kradzieże i pokątne pozbywanie się niechcianych dzieci.
Jednak znany nam dotychczas obraz Nowej Huty pęka, otwieramy szeroko oczy, dowiadujemy się rzeczy zaskakujących, poznajemy drugie i trzecie dno. Czyż nie na tym polega dobry reportaż?








Bardo chciałam przeczytać tę książkę, wszak mowa o miejscu w którym przez wiele lat mieszkałam. Dziękuję za recenzję
Chciałabym się dowiedzieć jak zostać prawdziwym Aniołem Stróżem, to mogłoby być ciekawe
Agata wcale Ci się nie dziwię, swoją drogą ja bym chciała, żeby ktoś taką książkę napisał o mojej dzielnicy
Margit z książki wynika, że w zasadzie każdy może się o to pokusić, choć niektóre zawody bardziej temu sprzyjają
Nowa Huta kojarzy mi się z domem rodzinnym i dzieciństwem. Choć spędzone w blokowisku to nie pamiętam żadnej beznadziei, raczej w pamięci mam gry statkami wojennymi, (narysowanymi przez jednego z nas, miał z 12 lat) który urządzaliśmy na szerokich korytarzach (18 mieszkań na piętrze).
A i przy okazji, wara od zmieniania nazwy Nowej Huty, bardziej z nią sie identyfikuję niż z Krakowem, który mam wpisany w dowodzie osobistym jako miejsce urodzenia, choć urodziłem się oczywiście w Nowej Hucie, na Skarpie.