„Przebiegum życiae” – ocuca kuflem piwa


14 kwietnia 2010 | liczba odsłon: 250
Kategoria: Książki, Recenzje

„Przebiegum życiae” Piotra Czerwińskiego – książka, która chce sprawiać wrażenie lekkiej, ale sama wie, że lekką nie jest. Chce sprawiać wrażenie zabawnej, ale, mimo iż przewód śmiechowy wprawia w drgania dość często, to przecież trudno by o niej powiedzieć, że istotnie – jest zabawna. Co się za tym wszystkim kryje? Otóż narracja podszyta jest ciągłą błazenadą, po Gombrowiczowsku rozegraną wojną z językiem, który nakazuje powtarzać te same, mechaniczne i infantylne frazy. Pokazuje człowieka od wewnątrz, człowieka na poziomie myśli nieuformowanych do końca, wydawać by się mogło – człowieka od strony kotłującego się mózgu. Ten poziom myśli – wyrażany często w sformułowaniach płaskich, wulgarnych, jest odbiciem zewnętrza świata. Jego wewnętrznym przeżyciem, w którym tyle samo miejsca zajmuje uporczywa chęć oddania moczu, co doznanie metafizyczne. Bohater w tej samej chwili poci się, odczuwa dyskomfort swego ciała i myśli o sprawach życia i śmierci. To przemieszanie sprawia wrażenie czkawki, podczas której próbuje się „powiedzieć coś mądrego”, albo nawet pofilozofować. Pośród prostoty, niejednokrotnie zalatującej prostactwem, zaskakiwać może, jakby wyjęta z „Małego Księcia” sentencjonalność. W ogóle w powieści tej, napisanej językiem poniżej „poziomu gadu- gadu”, można się dopatrzeć niejednego odwołania literackiego. Wystarczy wspomnieć choćby Paska i jego słynne, zmakaronizowane „Pamiętniki”, których obecnie większą część stanowią przypisy. „Pamiętniki” barokowe, „Przebiegum życiae” współczesne, zabieg jednak podobny. Zabawa językiem, „żywioł translatoryczności” w dużej mierze zawładnął autorem powieści. I choć zabiegi te, wystarczy spojrzeć na tytuł, będący spolszczeniem curriculum vitae, wydają się być niezbyt wysublimowane, to jednak zawierają pewien stopień oryginalności. Co więcej, oddają prawdę o języku, który zawsze żyje samopas i z gramatyką poczyna sobie po swojemu.

Dobrze więc, język językiem, ale w którymś momencie rozlec się musi wołanie o treść. A treść jest nasza, dobrze znana – już przez nas i hołubiona i pokalana. A mianowicie – emigracja. Bohater książki nazywa siebie Gustawem. Dość powiedzieć, że i Konrad się w końcu pojawia. Fabuła niewyszukana. Gustaw, „syn Grzegorza, z zawodu ekonomista” zostaje wyrzucony z pracy i wyjeżdża do Irlandii. Po drodze porzuca go również żona, która wkrótce orientuje się, że Gustaw bez pieniędzy to nie to samo, co Gustaw z pieniędzmi. Zabiera ze sobą dwie córki i mieszkanie. W ten sposób cały dotychczasowy świat bohatera upada. Jedyne co mu pozostaje, to towarzysząca mu od lat młodzieńczych muzyka reggae oraz, na nowo odkrywany świat własnej fantazji. W swą symboliczną podróż – ucieczkę od dawnego życia zabiera Gustaw, prócz szytego na miarę garnituru, wygórowane poczucie własnej wartości. Problematykę można by określić, zaczerpnąwszy języka z samej powieści: „Gustaw był fajny, ale wyrzucili go z pracy. Nikt już nie lubi Gustawa. Gustaw nie jest fajny no more. Gustaw jest be.”

Trudno mówić o reportażu, bo „Przebiegum…” to nie jest reportaż, jednak coś w sobie z tego gatunku zawiera. Przede wszystkim znamię autentyzmu. Opisy Dublina są żywe i szczegółowe, poznajemy topografię miasta, a jednocześnie docierają do nas reportażowe detale. Podskórnie wciąż toczy się zaprawiona pokoleniową goryczą dyskusja o losach polskiej emigracji epoki „unijnej”. Coś w tej powieści z autobiografizmu, ten sam poziom zaangażowania emocjonalnego, ta sama przesada i wybuchowość. Jest to książka tak współczesna, że w całej swej bufonadzie i manieryczności wydaje się być wyzuta z nieprawdziwości. Ocuca kuflem piwa.

Sabina Misiarz – Filipek

Tagi: , , , ,

Skomentuj