„No Logo” Naomi Klein to dobra marka
5 lutego 2009 | liczba odsłon: 2 418
Kategoria: Książki, Recenzje
No Logo Naomi Klein to jedna z najważniejszych książek, jakie ukazały się na świecie od 2000 roku. Jest aktualna do dziś i stanowi punkt odniesienia w ocenie kolejnych dokonań Klein, z których ostatnie, książka Doktryna szoku, ukazała się w Polsce w zeszłym roku.
Zestawiając te dwie książki z pewnością uderza świeżość No Logo z jednej strony oraz pieczołowita praca reporterska Doktryny… z drugiej. Nie chciałbym oczywiście czynić tym zestawieniem zarzutu wobec Opus magnum Klein. Chciałbym podkreślić w ten sposób, że znacznie mocniej zapamiętałem czytaną przeszło 4 lata temu pracę.
W naszym kraju przechodzimy przyspieszony kurs neoliberalizmu. Może odpowiednio byłoby, w obliczu coraz bardziej oczywistego kryzysu, pisać w czasie przeszłym. Nie należę jednak do optymistów, a obraz rysowany przez Klein również optymizmem nie napawa. Wszechogarniający marketing wdarł się do naszego życia, podobnie jak miało to miejsce w opisywanej przez autorkę spokojnej Kanadzie – przeciwstawianej w Moore’owskich Zabawach z bronią swojemu południowemu sąsiadowi. Uderzający w No Logo był dla mnie przede wszystkim opis tego, w jaki sposób do celów marketingowych wykorzystywany jest każdy skrawek publicznej przestrzeni. Czy w 2004 roku, kiedy ta książka pojawiła się w Polsce, ktokolwiek zadawał pytania o wielkie reklamy na publicznych autobusach utrzymywanych z naszych podatków? Czy ktokolwiek zadaje dziś pytania o ład i estetykę przestrzenną w obliczu zalewu coraz wymyślniejszych form reklam outdoorowych, umieszczanych na wszystkich dostępnych murach, poboczach, ścianach i elewacjach? Powoli zaczynają się pojawiać wątpliwości, jednak wciąż traktowane są jako zamach na „ideę” wolnego rynku.
Niezwykle istotną, z polskiego punktu widzenia, jest część książki poświęcona problemowi szeroko pojętego marketingu, skierowanego do dzieci i wykorzystującego teren publicznych placówek oświatowych. Czytając No Logo miałem wrażenie, że wszystko co opisuje w tej sferze Klein, czeka nas lada chwila. I rzeczywiście, coraz częściej wydaje się, że tak właśnie jest. Wystarczy zajrzeć do tzw. sklepiku szkolnego, w którym większość produktów to wysokotłuszczowe chipsy, słodycze lub słodzone napoje gazowane. Kiedy kilka tygodni temu jeden z lubelskich radnych zabrał w tej sprawie głos, to został wyśmiany. Czy rzeczywiście dostęp do zdrowej żywności dla dzieci w wieku szkolnym jest czymś śmiesznym? Być może powinniśmy nauczyć się od Klein, jak rozpoznawać dobrze i źle postawione pytania. Rzeczony radny, choć nieudolny i niezbyt błyskotliwy, podjął przecież ważki temat, dotyczący wykorzystania sfery publicznej oraz wpływu jaki powinniśmy mieć na jej kształtowanie. Moim zdaniem dieta i nawyki żywieniowe dzieci to sprawa bardzo poważna – Klein podaje przykłady, do czego prowadzi jej „delegowanie” (używając modnego we współczesnej teorii zarządzania słowa) do prywatnych, nastawionych wyłącznie na zysk, firm.
Trzecim fundamentalnym, z mojej perspektywy, pytaniem jakie stawia czytelnikom autorka No Logo, jest kwestia naszego przyzwolenia na wyzysk. To niemodne w latach dziewięćdziesiątych słowo zostało przywrócone do publicznego obiegu, między innymi dzięki jej książce. Czy kupując sportowe buty znanej sieci, zastanawiamy się nad ich pochodzeniem? Dlaczego tak trudno jest konkurować naszym fabrykom odzieży z fabrykami w Chinach, na Tajwanie czy Malezji? Odpowiedź znajdujemy w opisie nieludzkich wręcz warunków pracy w tzw. sweatshopach, rozsianych po całym świecie. Kiedy jakiś czas temu czytaliśmy, oburzeni, teksty opisujące warunki pracy naszych rodaków na plantacjach we Włoszech, w otoczeniu każdego z nas bez wątpienia znajdowało się kilkanaście przedmiotów wyprodukowanych w identycznie skandalicznych i uwłaczających ludzkiej godności okolicznościach.
Świadomość takiego stanu rzeczy jest z pewnością bardzo istotna. Znane są nawet skuteczne bojkoty konsumenckie, przytaczane przez Klein, jednak skala trudności praktycznych przy próbie „etycznego” podejścia do codziennych zakupów jest przytłaczająca.
Prowadzi to do kolejnego „odkrycia” Klein, wierzę że nieświadomego. No Logo stało się oto symbolem, świetnie sprzedającą się książką, a jej autorka marką samą w sobie. To nie zarzut, a raczej zwrócenie uwagi na fakt, w jaki sposób można dokonać zmian w obrębie neoliberalnego porządku. Wykorzystując – także dla swojego własnego interesu – jego potencjał do konsumowania buntu. Nie jest to zresztą idea nowa. Rzecz jednak, moim zdaniem, nie w tym, aby sprzedać milion koszulek z Che wyprodukowanych w sweatshopach. Chodzi raczej o to, aby sprzedać tyle samo koszulek, wyprodukowanych z poszanowaniem dla ludzi i środowiska, które dzielimy z innymi gatunkami zwierząt. Czy to możliwe, w odniesieniu do wszystkich sfer naszej konsumpcji? Nie wiem, jednak odpowiedzią na tak zadane pytanie jest, według mnie, znana konstatacja natury historycznej. Jeśli zadalibyśmy 150 lat temu pytanie o możliwość przyznania praw wyborczych kobietom, tylko garstka „ekscentryków” potraktowałaby nas poważnie. Podobnie, używając nachalnego przykładu, byłoby w przypadku pytania o możliwość wyboru Afroamerykanina na urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych, zadanego w latach pięćdziesiątych minionego stulecia, albo z przewidywaniem upadku Związku Radzieckiego w latach siedemdziesiątych.
Zdaje się, że Naomi Klein – podobnie jak cały ruch Seattle – nie znalazła jeszcze żadnej prostej odpowiedzi na pytanie, jak dokonać zmiany obecnego systemu ekonomicznego. O ile świetnie opisany został przeciwnik – o ile wiemy, czego się spodziewać i gdzie stawiać opór – o tyle nie do końca wiadomo, jak dokonać zmiany fundamentalnej. W jaki sposób wyjść poza neoliberalny paradygmat. I ten aspekt uważam za główny mankament porywającego wręcz pisarstwa Klein. Nie jest ona jednak w tym odosobniona – pracę u podstaw poprzez „uświadamianie” oraz oddolne inicjatywy obywatelskie zalecają wszyscy, od Noama Chomskyego, po Stefana Zgliszczyńskiego. Co ostatecznie nie jest przecież takim złym pomysłem.
—
Jakub Osina jest autorem bloga Czas Odlotów









W temacie przyzwolenia na wyzysk, przy głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosków, że jesteśmy zniewolonym narodem, nie my Polacy, ale Europejczycy, Amerykanie, cały tak zwany wolny świat.
Duże wrażenie zrobił na mnie duński dokument: Zabójczo tanie (A Killer Bargain). Autorzy sprawdzali w jakich warunkach produkowane są ręczniki, ścierki, bielizna pościelowa, która później bardzo tanio jest sprzedawana w skandynawskich supermarketach. Dlaczego ludzie nie odwracają się od takich produktów? Bo są biedni, bo z trudem wiążą koniec z końcem, i nie mówię tu o Polakach, ale o dużo lepiej sytuowanych Duńczykach. Dlaczego są biedni, dlaczego mają kłopoty finansowe? Bo ponadnarodowy handel i reklama zawłaszczyły ich umysły. Kto kupuje pralkę i po 1,5 roku ją zmienia na nową? A w ten sposób wykreowano handel sprzętem komputerowym, kto zadłuża się dziesiątkami kredytów, bądź sal na kartach kredytowych, bo „nie ma czasu” poczekać i odłożyć na produkt. Kto kupuje markowe buty po 150$, których wartość produkcji wynosi 2$.
Jesteśmy narodem niewolników, modelowanych przez działy marketingu i przeznaczonych do kupowania ich produktów, które nie są naszymi potrzebami, tylko wykreowanymi pragnieniami. Jak się człowiek nie otrząśnie, to ocknie się stary przed grobem.
Wkleje sobie jeszcze cytat (mój) z innej dyskusji
do artykułu: Tragiczne skutki wolnego handlu: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/81821.html
Przedmówca półsłusznie stwierdził, że oni tam mają albo śmierć albo niewolnicze warunki. W żaden sposób nie usprawiedliwia to Nike, Jysk, Adidas czy innych chciwych kolonizatorów, kreujących się na Światłe Zachodnie Demokratyczne Korporacje. Jednak najbardziej smutna jest refleksja, że bogate społeczeństwa dały się zniewolić, nieustająca propaganda konsumpcjonizmu, docierające do nas bez przerwy komunikaty, które kreują u nas coraz to nowsze pragnienia (nie mylić z potrzebami), sprawiają, że bogate społeczeństwa, aby ich było stać na „realizację wykreowanych marzeń” muszą zaciskać pasa – poszukują jak najniższych cen, i bezrefleksyjnie traktują oczywisty fakt, że ręczniki i ścierki wyprodukowano kosztem cudzego życia.
Tak mi przyszło jeszcze na myśl, ludzie protestują przeciwko producentom i użytkownikom towarów wyprodukowanych ze zwierząt, – organizują protesty, niszczą futra. A jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś upomniał się o azjatyckich niewolników w Indiach, Indonezji, Chinach itd.