Nie ma łatwych odpowiedzi

Maciej Lewandowski
13 grudnia 2008 | liczba odsłon: 1 037
Kategoria: Książki, Obcojęzyczne, Recenzje

Relacjonować śmierć, czy pomagać umierającym? Pisać całą prawdę, czy pomijać niewygodne fakty? Filmować publiczne egzekucje, czy – wiedząc, że wyzwala to agresję oprawców – oddalić się z miejsca kaźni? Przemieszczać się po polu walki z jednostkami wojskowymi, czy niezależnie? Popierać jedną ze stron konfliktu, czy zachować neutralność? Okładka książki

Jak pisze Harold Evans w swym krótkim przewodniku po dziennikarstwie wojennym: War Stories na powyższe pytania nie ma prostych odpowiedzi. Każdy reporter musi sam – na polu walki podjąć decyzję. Decyzję, która zaważyć może na życiu – jego lub uczestników wydarzeń.

Istnieją – rzecz jasna – ogólnie przyjęte zasady, wśród których zachowanie obiektywności i absolutny zakaz współuczestnictwa w opisywanych wydarzeniach są jednymi z najważniejszych. Koszt ich bezwzględnego przestrzegania – w ekstremalnych warunkach wojennych – może być jednak zbyt duży. Konflikt pomiędzy koniecznością podporządkowania się międzynarodowym regulacjom (dbając o cel nadrzędny, jakim jest możliwość rzetelnego informowania opinii publicznej), a emocjami człowieka relacjonującego ludzkie tragedie, jest w wielu przypadkach konfliktem nierozwiązywalnym.

O próbach znalezienia wyjścia z takich nierozwiązywalnych konfliktów dowiadujemy się między innymi z książki War Stories, Reporting in the Time of Conflict.

Czytamy w niej o słynnym fotoreporterze, laureacie Nagrody Pulitzera, Kevinie Carterze, którego wspomnienia wojennych przeżyć doprowadziły do samobójstwa. Fotografując – w ogarniętym wojną Sudanie – umierającą z głodu dziewczynkę, na której śmierć czeka przyczajony za nią sęp – Carter – zgodnie z oficjalnymi zaleceniami – nie pomógł dziecku. Dalsze losy pozostawionego na pożarcie malucha nie są znane – wiadomo natomiast, że sam fotograf – wkrótce po odebraniu nagrody – targnął się na swoje życie.KAmizelka prasowa

Czytamy także o Marcu Riboud, który – podczas wojny indyjsko-pakistańskiej w 1971 roku zdecydował się na schowanie aparatu do torby i odejście z miejsca ulicznej egzekucji. Egzekucji, za której pokazanie inni fotoreporterzy otrzymali Nagrodę Pulitzera – krytykowaną później zarówno przez dziennikarzy, jak i polityków – twierdzących, że obecność reporterów wyzwala agresję i okrucieństwo wobec bezbronnych ofiar.

Czytamy również o Christiane Amanpour – reporterce CNN, która otwarcie przyznaje, że podczas relacjonowania wydarzeń wojennych nie ma miejsca na obiektywizm. Dziennikarz – jak każdy inny człowiek – ma prawo opowiedzieć się po stronie słabszych, bezbronnych, zabijanych i gwałconych.

War Stories to książka nie tylko o pytaniach, odpowiedziach i trudnych decyzjach. Jest to także krótka historia dziennikarstwa czasów konfliktu, spojrzenie z wewnątrz na specyfikę opisywanego zajęcia – na zagrożenia z niego płynące, na jego dramatyzm i romantyzm, a także na życie i na śmierć ludzi, którzy wybrali się na wojnę po to, abyśmy my wszyscy wiedzieli więcej – i dokładniej – o tym, co się tam dzieje.

Dziennikarstwo pola bitwy to przecież – podobnie, jak każdy inny jego rodzaj – przede wszystkim informowanie społeczeństwa. Informowanie, którego głównym zadaniem nie jest zaspokojenie potrzeb dziennikarzy, tylko naszych – odbiorców. Informowanie, którego skutkiem – zamierzonym, lecz jakże trudnym do osiągnięcia – jest maksymalne zredukowanie konfliktów zbrojnych, a ostatecznym sensem, proces komunikacji międzyludzkiej co pięknie opisuje (cytowany w książce) James Nachtwey: I’ve traveled all I would ever want to travel; and yet my sense of mission is stronger then ever. And I think that the value of communication is what endures in the end.” (War Stories, Reporting in the Time of Conflict, Boston London 2003, str. 85).

Książka wydana została przez Newseum – najbardziej interaktywne muzeum na świecie – jak sami o sobie piszą. Chciałbym w tym miejscu podziękować jego pracownikom za udostępnienie fotografii kamizelki prasowej Petera Arnetta, a czytelników zachęcić do (co najmniej wirtualnej) wizyty w tym muzeum oraz do przeczytania omawianej książki, którą kupić można także na stronie internetowej placówki.

Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Fotografie: Newseum collection
Tagi: , , , , , ,

13 komentarzy
Skomentuj »

  1. Dziennikarstwo wojenne to chyba najtrudniejsza z ról dziennikarza, ktoś kto się podejmuje takiego wyzwania, powinien nie mieć serca i mieć jednocześnie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak musi być to ciężkie. Chylę czoło.

  2. Nie daj się oszukać. To prawda, że oglądałem kilka… filmów, w których bohaterscy dziennikarze potrafili pokazać czystki, ludobójstwo, czy prawdziwą stronę jakiegoś przewrotu. Poza tymi wyjątkami potwierdzającymi regułę karmieni jesteśmy kontrolowanymi relacjami z pola bitwy, które zaspokajają chorą potrzebę obserwowania ludzkiej krzywdy… niezmienną od czasów Coloseum w Rzymie, w łagodnej wersji przedstawianej jako kronika wypadków w standardowym serwisie informacyjnym.

    Emocjonowanie się działaniami wojennymi w fotelu w odległym kraju jest tak samo chore jak same działania wojenne. Osobna sprawa, że dziennikarze nie chcą być bohaterami i ostatnio relacjonują wojnę w uniformach zwycięskiej drużyny, czym wywołują gniew prawdziwych bohaterów wojny, ludności cywilnej.

  3. Takie rozumowanie zakłada z góry złą wolę wszystkich (no, może ogromnej większości) reporterów i koncernów medialnych. Nie zgadzam się z tym – przekazywanie informacji z terenów wojennych ma taką samą wartość dla odbiorcy, jak z każdego innego miejsca i o każdym innym wydarzeniu.

    Czytałem sporo relacji z wojen i konfliktów zbrojnych, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć to, co dzieje się na świecie – dookoła nas. Jeżeli reporter próbuje nam odpowiedzieć na pytanie „dlaczego” – to taki przekaz będzie w większości przypadków wartościowy – przynajmniej dla mnie.

    Przychylam się natomiast do zdania Gosi – jest to najtrudniejsza rola dziennikarza. Zło nie polega na samym fakcie relacjonowania walk, tylko na sposobie, w jaki robią to współczesne media.

  4. Wiem Robercie, że media potrafią przeinaczać wydarzenia i wiem również, że nie zawsze to co widzimy jest prawdą, przykładem może tu być film „Fakty i akty”. Nie chodzi mi o to, że jest dokładnie tak jak pokazują w tej ekranizacji, ale daje do myślenia, czy aby na pewno tak nie jest. Zresztą przykłady można mnożyć, jest wiele fotografii w gazetach, czasopismach, portalach, które pokazują to co chciał nam pokazać autor ,a nie to jaka jest prawda. Ja to wszystko wiem, tego wszystkiego się uczę, ale ciągle wierzę, że są dziennikarze, którzy za własny honor uważają pokazanie prawdy.
    I owszem są ludzie, których podnieca krzywda innych, ale są również tacy, których interesuje wszystko, co dzieje się na świecie i ubolewa, nad rozlewem krwi.

  5. Okej, to podzielcie się ze mną czego dowiedzieliście się o wojnie w Iraku, bo ja nic. Relacje, że wybuchają bomby przez terorystów, słowo partyzanci na indeksie. Nie odróżniam relacji reporterskich z tej wojny od propagandy wojsk sprzymierzonych.

  6. Okej, napiszę wkrótce o dwóch książkach, z których dowiedziałem się czegos więcej, niż tego, że wybuchają bomby. Ksiązkach napisanych przez Amerykanina i Anglika – współpracowników największych światowych koncernów medialnych.

  7. Przychylam się do opinii Roberta, z kilku przyczyn.
    Człowiek, który zachowuje się nieludzko, kierując się „zasadami” zawsze w końcu tego żałuje.
    Na początku czuje się bardzo nowoczesny, obiektywny, myśli, że „tak trzeba” i nie dopuszcza do siebie własnego krzyku, a na końcu dociera do niego, że okazał się draniem, że dał sobie wmówić głupoty itp. W środku każde takie nieludzkie zachowanie w niego zapada i w końcu budzą się demony. Albo całkowicie zanika sumienie.

    Zasady sprzeczne z naturą mają to do siebie, że jak najpierw stają się modne, to potem w końcu wygrywa rozsądek i Ci, którzy się do nich wcześniej stosowali zaczynają wygłaszać głupie teksty w stylu „ja tylko wykonywałem rozkazy” ;)

    Wyobraźmy sobie, że dziennikarz może nie ryzykując własnego życia uratować człowieka, albo sfilmować jego śmierć. Czy nie lepiej byłoby dla nas, gdybyśmy zamiast zobaczyć go z oderwaną głową mogli go posłuchać?

    Co myśli dziennikarz na zdjęciu celujący aparatem w człowieka na polu walki? Kiedy przestaje patrzeć na innych jak na ludzi i po cichu zaczyna mieć nadzieję, że sfotografuje umieranie? W końcu za takie rzeczy dostaje się World Press Photo.

    U nas działa ochrona wizerunku, ochrona dóbr osobistych. Ofiary wojny są dla reporterów wyjęte spod prawa. Czy kogoś obchodzą dobra osobiste ludzi filmowanych w takich okolicznościach? Nie, oni nie mają praw, także z tej strony.

    Wyobraźcie sobie, że taki dziennikarz idzie ulicą Waszego miasta i widzi gwałt. Może bez trudu mu zapobiec, ale woli wyciągnąć kamerę i go pokazać ze szczegółami „żeby uczulić opinię publiczną na problem przestępczości”. Czy wtedy już potrafilibyście zobaczyć zwyrodnialca w człowieku dokonującym takiego wyboru? A jeśli w podobnej sytuacji na wojnie wybierze identycznie, to czym to się różni? Tym, że ofiary wojny się nie liczą?

    Jakiś czas temu zobaczyłam 2 zdjęcia. Na jednym byli głodujący ludzie rzucający się na ciężarówkę z jedzeniem (takie zdjęcia pokazują nam ciągle), a na drugim ta sama ciężarówka, a na jej dachu taki sam tłum dziennikarzy z wycelowanymi w tych biednych ludzi obiektywami. Wyglądali jak żerujące sępy.

    Ludzie są tak skonstruowani, że jeśli dziennikarz uratowałby kogoś z opresji, a potem o tym opowiedział, porozmawiał z tym uratowanym człowiekiem, to „opinia” czyli siedzący po drugiej stronie telewizora ludzie, zobaczyliby w tym uratowanym człowieka. Wtedy by się zatrzymali.
    Bo w kolejnym zabijanym, mordowanym, z oderwaną głową, już człowieka nie widzą. Nie kojarzą miejsc, nie obchodzi ich to.

  8. Pozostaje zatem jedno rozwiązanie – w ogóle nie relacjonować konfliktów. Czy uważacie, że tak być powinno, że powinno się zrezygnować z informowania społeczeństwa o wojnach?

  9. Maciek, nikt nie mówi o nierelacjonowaniu. To ważne, że np. Izrael wkroczył do strefy gazy i co tam robi. Ale nie należy czatować na moment odrąbywania głowy, bo to już jest chore. I nic nie wnosi. Ale dziennikarzowi zapewnia sławę, pieniądze, może nawet WPP. Nikt mi nie wmówi, że te zwycięskie zdjęcia wyszły przypadkiem. Swoją drogą jeden czatuje, inny umówi się ze snajperem na sfilmowanie wyników jego „pracy”. Myśląc, że snajper by przecież i tak zabijał, a on to tylko obiektywnie przekaże… I takimi drobnymi kroczkami, w imię „informowania opinii”, obiektywizmu i zasad, można bardzo łatwo przejść od człowieka do zwyrodnialca.

    Przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa – pamiętasz, jaka burza rozpętała się, kiedy jakaś gazeta pokazała zwłoki zabitego Waldemara Milewicza? A potem jak całe nasze media jak jeden mąż unikały „epatowania”, „niezdrowej sensacji”, jak mówiono, że zmarłym i ich rodzinom należy się szacunek…
    Wydało mi się to wtedy po prostu… hipokryzją.
    Ale to, że dziennikarze i osoby odpowiedzialne za media nad szacunkiem dla ofiar zastanawiają się tylko, kiedy ofiarą staje się ktoś ze środowiska, to najlepszy dowód, że ofiary relacjonowanych konfliktów traktują po prostu… użytkowo.

  10. Pod taką wypowiedzią podpisuję się obiema rękami.

  11. Dość późno tutaj trafiłem, ale komentarz postanowiłem zamieścić.
    Niestety jest tak, że wielkie reporterskie nazwiska jeżdżą na świeże konflikty. Teraz tylko Irak, chociaż już coraz mniej i Afganistan. A gdzie w mediach jest Czeczenia, Kongo-Kinszasa, dzisiejsza Rwanda etc???? Stare konflikty nie są ciekawe dla zachodnich mediów. A ludzie nadal tam cierpią tylko już z daleka od kamer.

  12. Relacjonować czy ratować. Odpowiedź wydaje mi się prosta. Relacjonować, jesteś dziennikarzem i po to tu przyjechałeś, jak chcesz ratować, to zdejmij kapok Press i załóż czerwony krzyż.
    Pytanie, które ja bym postawił to: po co relacjonować. Media uczyniły wojnę spektaklem, im lepiej się sprzedaje tym bardziej ją relacjonują – to samonakręcająca się spirala.
    Zbawienny wpływ mediów na los ofiar jest mitem.

    O… ja już to dwa lata temu komentowałem? Hmmm… chyba jak krowa… nie zmieniam poglądów.

  13. Podczas niedawno zakończonego Festiwalu „Warszawa bez fikcji” mówiono także na tematy tu poruszone: http://www.warszawabezfikcji.pl/?p=1981

Skomentuj