Ludobójstwo? Bułka z masłem
10 marca 2009 | liczba odsłon: 769
Kategoria: Książki, Obcojęzyczne, Recenzje
Zbrodnie przeciwko ludzkości? Gdzie jest ludzkość? Kto to ludzkość? Ty? Ja? Spotkałeś się z jakąkolwiek zbrodnią przeciwko sobie? Nie, to tylko milion mieszkańców Rwandy – ot co… Ludobójstwo? To bułka z masłem. Kto by zawracał sobie tym głowę? – oto słowa, jakie usłyszał Philip Gourevitch, autor wstrząsającego dokumentu o najszybszym w powojennej historii akcie ludobójstwa, We wish to inform you that tomorrow we will be killed with our families.
Gourevitch, dziennikarz amerykańskiego magazynu The New Yorker, przebywał w Rwandzie już po najkrwawszych wydarzeniach wiosny i lata 1994 roku, lecz – pomimo tego – w doskonały, głęboki i sugestywny sposób, przekazał informacje dotyczące zarówno samego okresu masowych mordów, jak i wypadków, które nastąpiły później.
Jak mogło dojść do tego, że w ciągu 100 dni zabito – w systematyczny, planowy i okrutny sposób – co najmniej 800 tysięcy ludzi? Jak mogło dojść do sytuacji, że zabijano członków swoich rodzin, najbliższych przyjaciół i sąsiadów? Jak doszło do tego, że – stacjonujące wówczas w Rwandzie – siły pokojowe ONZ przyglądały się biernie rzezi setek tysięcy ludzi, nie próbując powstrzymać oprawców, strzelając natomiast do psów – jak twierdziły – roznoszących zarazę? Dlaczego międzynarodowa społeczność nie pomagała wyrzynanym masowo ofiarom, ale karmiła, ubierała i zbroiła ich prześladowców?
Na wszystkie te pytania stara się odpowiedzieć – z dobrym skutkiem – autor książki. Książki, której tytuł (Chcemy pana zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici, wraz z naszymi rodzinami) stanowią słowa zaczerpnięte z autentycznego listu, będącego prośbą grupy mieszkańców Rwandy o ratunek. Ratunek przed śmiercią – ratunek, który nigdy nie nadszedł – podobnie, jak do ośmiuset tysięcy innych osób.
Gourevitch opisuje nie tylko polityczne i etniczne podłoże tamtych strasznych wydarzeń, pisze także o trudnych latach, które nastały po zakończonej – dzięki akcji militarnych oddziałów Tutsi – krwawej rzezi. Ukazuje nam, jak ciężki był proces rekonstrukcji całkowicie zburzonego kraju, jak ciężko było odbudować normalne życie – w warunkach, gdzie ofiary musiały mieszkać i pracować wśród oprawców, gdzie tysiące dzieci pozbawione zostało rodzin, gdzie opiekunami w sierocińcach musiały zostać nastolatki.
W książce opisany jest także – dość szczegółowo, choć autor nie był naocznym świadkiem – jeden z największych cudów wspomnianych wydarzeń. Sytuacja nieprawdopodobna, zupełnie surrealistyczna: w środku opanowanej przez hordy pijanych morderców stolicy Rwandy, Kigali, w ekskluzywnym belgijskim hotelu, Hotel des Mille Collines, przeżyło – bez większego, fizycznego, uszczerbku na zdrowiu – 1268 ludzi, głównie Tutsi. Przeżyło tylko i wyłącznie dzięki bohaterskiej postawie menadżera hotelu, Paula Rusesabagina, który – wykorzystując swoje znajomości wśród rządzącej elity i niezwykłe zdolności negocjacyjne – obronił ich przed nieuchronną – jak się zdawało – śmiercią. Warto przeczytać także jego własne wspomnienia z tego okresu – będące bezpośrednim świadectwem tamtych zdarzeń – zatytułowane An Ordinary Man (o wypadkach tych opowiada także, nie najlepszy zresztą, film hollywoodzki, Hotel Rwanda).
Niezwykle ciekawym fragmentem książki Gourevitcha jest, niezbyt długi, wątek dotyczący roli międzynarodowych organizacji humanitarnych w okresie, który nastąpił po wydarzeniach roku 1994. Autor pisze, iż większość tych instytucji zainteresowana jest przedłużaniem kryzysów demograficznych i niekończącym się utrzymywaniem obozów dla uchodźców. Obozy te – zaopatrywane przez międzynarodową społeczność nie tylko w odzież i pożywienie, ale również w broń – stają się, z jednej strony, wielkimi bazarami, na których kupić można za bezcen porządne, zachodnie, ubrania i produkty żywnościowe, z drugiej strony zaś, bazą wypadową bojówek paramilitarnych, rekrutujących się z byłych oprawców. Dla pracowników organizacji charytatywnych stanowią natomiast miejsce pracy – dobrze płatnej – 75% datków pochodzących ze zbiórek, przeznaczonych jest na tzw. “koszty administracyjne”, a tylko 25% trafia bezpośrednio do potrzebujących. Do potrzebujących, wśród których – co widział i opisał Gourevitch – zdarzają się ojcowie rodzin, którzy otrzymaną żywność zjadają sami, a tego czego nie są w stanie spożyć – sprzedają – podczas gdy ich dzieci, tuż obok, umierają z głodu…

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska







Jądro ciemności. Przesunęło się nieco na zachód – nad wschodnie Kongo. W tym roku trochę ucichło, ale ciekawe na jak długo.
Zachowanie się sił ONZ – patrz, co w tym samym mniej więcej czasie działo się w Srebrenicy. Trochę to koszmarne.
A tak w ogóle to strasznie mnie zainteresowałeś tą książką.
Tak – w książce wciąż powracają echa Srebrenicy i Somalii – głównie Somalii.
Dzięki za dobre słowo. Polecam do przeczytania obie – znakomicie się uzupełniają.