Lis w kurniku PiS
Patrikos29 czerwca 2010 | liczba odsłon: 89
Kategoria: Książki, Recenzje
Tomasza Lisa jako dziennikarza telewizyjnego ceni większość widzów. Niestety dużo gorzej idzie mu na papierze, bądź w internecie, co pokazuje zbiór felietonów z lat 2005 – 2007 zebranych w książce „PIS-neyland”.
Lata rządów Prawa i Sprawiedliwości to czas, kiedy większość publicystów mogła sobie używać do woli. Błędy, kompromitacje, brak pomysłu na rządzenie, dawały pożywkę wszystkim do ostrych tekstów i krytyki, która w większości wypadków była w pełni uzasadniona. Najczęściej była też ciekawa i dająca do myślenia czytelnikom. Tomasz Lis jednak nie sprostał zadaniu, swoimi felietonami pokazując, że łamy gazety nie są miejscem, gdzie może realizować swój niewątpliwy talent.
Cóż bowiem czytelnikom oczekującym po tekstach, z których dowiadują się tego, co już dawno wiedzą? Wszystko właściwie zostało zaprezentowane wielokrotnie w telewizji, radiu i internecie. Wszak felieton wyróżnią się pomysłem, puentą i złośliwością. Tej nie brakuje, ale jest ona bardzo mało wyrafinowana.
Niestety brakuje sarkazmu, zaskakujących porównań, czy analiz, które powinny się w tak krótkim, choć pojemnym treściowo gatunku dziennikarskim, zmieścić. Szczególnie, że w czasie wybryków słynnej już koalicji okazji do tego nie brakowało. Czytelnik tymczasem otrzymuje strawny, ale dość tabloidowy obraz polskiej polityki tamtego okresu. Być może takie w zamierzeniu miały być te teksty, choć ciężko mi uwierzyć, że Tomasz Lis nie mógł pokusić się o ciut szerszy kontekst
Wydaje się, że to jest ogólny problem Lisa. Jego diagnozy społeczne i polityczne trafiają na podatny grunt czytelniczy, jednak nie zmuszają do myślenia i zastanowienia się nad przeczytanym tekstem. Nie porywają tłumów, ponieważ sam dziennikarz, chcąc pozostać obiektywny, nie dotyka nawet istoty problemu polskiej polityki i Polaków. Tak samo było z poprzednimi książkami, z „Co z ta Polską” na czele. Lis pisze sprawnie, jednak bez błysku oraz ironii, którą często prezentuje w telewizyjnym okienku. W felietonach z „PIS-neylandu” jego puenty są przewidywalne, związane bardziej z grą słów niż dobrym pomysłem na zakończenie.
Na pewno stać Lisa na więcej. Być może już niebawem pokaże to w tygodniku „Wprost”, który przejął w ostatnim czasie. Nie ma jednak co ukrywać, telewizja daje większe możliwości, prasa, ze względu na ilość znaków, ogranicza. A rządy PO już nie są tak łatwym kąskiem dla publicystów. Dlatego liczę, że jakby nie patrzeć, Dziennikarz Roku 2009 według miesięcznika Press pokaże jednak, że oprócz pytania o Polskę, potrafi też o niej ciekawiej pisać.









Gratuluję genialnego tytułu – wyraża wszystko
). Ciągu dalszego oczywiście też.
Nie czytałam żadnej z książek Tomasza Lisa m.in. dlatego, że nie należy on ani do moich ulubionych komentatorów, ani do tych, których zdanie cenię, bo jego prognozy polityczne rzadko bywają trafne (nie chcę się wyzłośliwiać i przypominać brawurowej deklaracji Lisa, że odgryzie sobie język, jeśli Lech Kaczyński nie wystartuje w wyborach prezydenckich, ale ten przykład oddaje to, co drażni mnie u tego dziennikarza – za dużo elementu show (to pewnie efekt kopiowania amerykańskich programów). Przeszkadza mi też u Tomasza Lisa – tu różnię się z Autorem recenzji – brak obiektywizmu. Za to trzeba przyznać temu dziennikarzowi niewątpliwy talent: do wygłaszania wszystkiego – i odkrywczych tez, i – by pozostać w poetyce PiS-u – „oczywistych oczywistości” tonem odkrywcy Ameryki.