Letnie podróże z Małgorzatą Szejnert i jej książką “Wyspa klucz”
Ewa Krzysiak9 sierpnia 2009 | liczba odsłon: 611
Kategoria: Książki, Recenzje
Lato to czas wypoczynku i wojaży. Niektórzy zwiedzają nieznane zakątki swojego kraju, a inni wybierają się poza jego granice, np. na Karaiby, aby tam zachwycać się ich pięknem i doświadczać różnych przeżyć. Ja natomiast proponuję zwiedzić wybrzeże Nowego Jorku, a konkretnie Ellis Island. Zapraszam więc w taką niecodzienną podróż… podróż w czasie. To wszystko jest możliwe dzięki Małgorzacie Szejnert i jej książce “Wyspa klucz”.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się mniej więcej do 1600 roku na wysepkę Kiosh ( Wyspę Mew) i poznajemy zamieszkujących ją Indian Lenni Lenape. Na przestrzeni wieków wyspa przechodzi z rąk do rąk. A w roku 1774 zostaje nabyta przez Samuela Ellisa – kupca rybnego. I to właśnie jego nazwisko będzie nosić ta wysepka. Wkrótce zacznie tu przypływać ludność z Europy, aby zacząć nowe życie. Cudowne życie w Ameryce.
Ellis Island – to miejsce, które miało być bramą do raju, do spełnienia, do realizacji marzeń, do lepszego życia. Ale tylko dla niektórych ludzi. Bo jak się wkrótce okaże, dla innych stało się drogą do piekła.
Do nieznanego kraju przybywają tysiące imigrantów, którym zabrakło u siebie chleba, bezpieczeństwa, wolności. Płyną żaglowcami i parowcami, stłoczeni jak śledzie w beczce. W warunkach urągających godności człowieka. Często wśród chorych na malarię, odrę, szkarlatynę. Bez kąta do spania czy miejsca do załatwiania swoich fizjologicznych potrzeb.
Dlaczego podróżują w takich warunkach i dlaczego płyną do Ameryki? Bo jak rzekł jeden z nich “to kierunek, gdzie jest nadzieja”. Jednak wielu z nich nadzieję tę straciło. Szybko, bo zaraz po postawieniu stopy na wyspie. No bo jak mieli się czuć, kiedy lekarz inspekcyjny oglądał ich jak zwierzaki na targu i decydował o ich dalszym losie? Mając niespełna 6 sekund przeznaczone na jedną osobę, na oko oceniał ich kondycję fizyczną i psychiczną. Kiedy coś mu się nie spodobało, na ubraniu lub ciele badanego kreślił litery sugerujące chorobę. “Fachowiec” był nieomylny. A od znaków kredowych nie dało się już uwolnić. Były jak wyrok.
Ci, co mieli szczęście, przebywali na wyspie kilka godzin. Inni kilkanaście miesięcy, aby później wkroczyć do wymarzonego raju. Niektórzy zostali deportowani, a pozostali zamiast znaleźć się w krainie mlekiem i miodem płynącej, trafiali do szpitala psychiatrycznego. Wyglądał on jak “dom z cegły, z ostrym zardzewiałym żelaznym płotem…To grób dla żywych. Kiedy zajrzymy do ciasnego wnętrza, widzimy czternaście klatek z żelaznych arkuszy i prętów a w każdej jest żelazna koja lub dwie, zawieszone przy ścianie…i nie ma tam światła”. Tak właśnie opisuje panujące tam warunki doktor Salmon, który został skierowany do pracy na na Ellis Island. Jeden z tych , którego cechowała szczególna wrażliwość na losy ludzkie.
Stosując takie metody przesiewu, jak opisane powyżej (nieodparcie kojarzące się ze stosowanymi przez nazistów podczas II wojny światowej), powodowano rozpacz rodzin, które nie mogły być razem. Zostały rozdzielone i wbrew swojej woli skazane na samotność. Zniszczono ich życie.
Małgorzata Szejnert pokazuje nam także osoby pracujące na wyspie, te stojące niejako z drugiej strony, naprzeciw imigrantów. Pracowników stacji, tłumaczy, lekarzy, pielęgniarki, bagażowych. Ich stosunek do pracy i do innych ludzi. Ich przeżycia. Niektórzy z nich utracili swoją wrażliwość. Stawali się zimni, wyrachowani, bezwzględni. Inni natomiast nie wytrzymywali i odchodzili. Rezygnowali z pracy lub popełniali samobójstwa.
W Ameryce starano się zachować czystość rasy. Jak pisał ówczesny New York Times “…powinniśmy odmówić lądowania wszystkim i każdemu z tych brudnych Włochów i rosyjskich Żydów. Mamy dosyć własnego brudu, biedy, przestępstw chorób i śmierci”. Poglądy takie były bardzo popularne wśród społeczeństwa amerykańskiego. W New Jersey odbyła się manifestacja Ku-Klux-Klanu (liczącego ponad 4 miliony członków). W charakterystycznych dla tej organizacji strojach, kobiety i mężczyźni z pochodniami i krzyżami w rękach, niosąc amerykańską flagę protestują przeciwko Żydom, Słowianom, Włochom, Azjatom, południowym Amerykanom. Przeciwko wszystkim przybyszom obcym dawnej protestanckiej białej Ameryce. Obserwujący ten pochód imigranci są przerażeni.
O tym wydarzeniu i o wielu innych możemy dowiedzieć się czytając książkę Małgorzaty Szejnert, “Wyspa klucz”. Treść uzupełniają zdjęcia pochodzące z przełomu XIX i XX ww. Książka naprawdę warta przeczytania, bo ukazuje fenomen emigracji jako zjawiska uniwersalnego, niepoddającego się upływowi czasu. Śmiem twierdzić, że życie ludzi sprzed setek lat jest takie samo jak to współczesne.
Polecam tę książkę zwłaszcza osobom, które mieszkały w Polsce i któregoś dnia postanowiły rzucić to wszystko i pojechać tam, gdzie żyje się lepiej, wygodniej i bardziej po ludzku. Jeśli wyjechałeś za chlebem do swojej ziemi obiecanej, weź do ręki tę książkę i porównaj swoje przeżycia z tymi, jakie mieli bohaterowie “Wyspy klucza”. Czy były podobne czy zupełnie inne? Czy trafiłeś do piekła czy do raju? Jeśli nie zamierzasz emigrować, to również przeczytaj tę książkę. Choćby po to, by zobaczyć ile cierpienia i upokorzeń jest w stanie znieść człowiek aby zrealizować swoje marzenia. Bo mimo że mamy XXI wiek, to nadal marzymy tak samo. O szczęśliwym życiu.
____________________
Książka Wyspa klucz została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Znak.







„Polecam tę książkę zwłaszcza osobom, które mieszkały w Polsce i któregoś dnia postanowiły rzucić to wszystko i pojechać tam, gdzie żyje się lepiej, wygodniej i bardziej po ludzku.” Muszę zatem przeczytać!
Wobec tego koniecznie powinieneś przeczytać.