Kołyma – podróż przez krainę żywych i umarłych


3 stycznia 2012 | liczba odsłon: 2 775
Kategoria: Książki, Recenzje

Niedawno ukazała się trzecia książka Jacka Hugo-Badera, „Dzienniki kołymskie”, która, podobnie jak poprzednie pozycje tego autora, jest owocem jego podróży po obszarze postradzieckim. Pojawienie się jej sklepach na nowo rozpętało dyskusję na temat reportażu jako źródła rzetelnej i obiektywnej wiedzy o świecie.

Zacznę od zarzutów, które wystosowali czytelnicy pod adresem Badera i jego „Dzienników…”. Zapoznałem się z komentarzami umieszczonymi na stronie wydawnictwa Czarne oraz z kilkoma innymi opiniami internautów. Reporterowi zarzuca się błędy merytoryczne, brak wiedzy o regionie oraz przekłamania, tudzież bajkopisarstwo. Pisarzowi nie udało się uniknąć kilku drobnych błędów merytorycznych – z tym zarzutem nie można dyskutować – ale nie wydają się one na tyle rażące, żeby od razu kwestionować przygotowanie teoretyczne autora. Część potknięć obciąża również konto redaktora. Pytanie o autentyczność przytaczanych opowieści jest dość kłopotliwe. „Dzienniki…” składają się głównie z historii, które opowiadają autorowi napotkani ludzie, najczęściej podczas zakrapianych biesiad. Ich zgodność z prawdą jest weryfikowana wyłącznie przez samego reportera na podstawie jego intuicji i doświadczenia życiowego. Faktycznie część z opisanych historii potrafi wprowadzić czytelnika w osłupienie, co nie musi jednak od razu znaczyć, że jest to fikcja literacka. Tak naprawdę możemy uwierzyć pisarzowi i jego rozmówcom, lub też nie. Krytyka skierowana pod adresem Badera wpisuje się w dyskurs, który rozpoczęła książka Artura Domosławskiego o Kapuścińskim – do tych kwestii jeszcze powrócę.

„Dzienniki kołymskie” to zapis relacji z podróży po Kołymie, z Magadanu do Jakucka, jaką Bader przebył głównie autostopem. To dokładnie 2025 kilometrów, czyli prawie cały Trakt Kołymski wiodący przez mroźne pustkowia, dziką tajgę i nieliczne osady ludzkie. Nie można pisać o tej krainie bez odwoływania się do tragicznych wydarzeń, które miały tutaj miejsce głównie w okresie stalinizmu. Kołyma to ogromne cmentarzysko, na którym spoczywają szczątki setek tysięcy ludzi zesłanych tam i zamęczonych przez zbrodniczy reżim komunistyczny. Reporter stara się nie wgłębiać w wydarzenia historyczne i opisuje region takim, jakim jest on obecnie, jednak w większości przywołanych historii pojawiają się nawiązania do tragedii, która rozgrywała się tutaj w pierwszej połowie poprzedniego stulecia. Dzieje się tak niejako z konieczności, ponieważ nie można po prostu zapomnieć i przemilczeć tylu niewinnie zakatowanych istnień ludzkich.

Ziemia kołymska, oprócz kości, kryje również niezmierzone bogactwa, w tym złoto, co czyni z niej syberyjskie eldorado, które wielu ludziom pozwoliło zgromadzić pokaźne majątki i odmienić swój los. Kołyma to także dzika przyroda i surowy klimat, co czyni ją egzotyczną oraz fascynującą, ale i śmiertelnie niebezpieczną. Turystów nie ma tutaj prawie wcale, są natomiast mieszkańcy, których historie poznaje i spisuje Bader w czasie swojej trzydziestosześciodniowej eskapady.

Na Kołymie reporter spotyka postaci reprezentujące różne grupy etniczne, profesje oraz środowiska – między innymi: bajecznie bogatych oligarchów, myśliwych, drobnych poszukiwaczy złota, szamanów, kryminalistów i byłych zesłańców. Bader posiada niebywały dar bratania się z wszystkimi napotkanymi ludźmi. Potrafi słuchać, co sprawia, że rozmówcy chętnie się przed nim otwierają. Potrafi też pić, ponieważ bez wódki ciężko się rozmawia z obywatelami Rosji, bez względu na to, czy są to etniczni Rosjanie czy reprezentanci autochtonicznych plemion syberyjskich. Najwidoczniej alkohol na trwałe wpisał się w kulturę tego kraju i aby móc się w nią dostatecznie zagłębić, nie można wylewać za kołnierz.

Właściwie wszystkie opowieści spisane na kartach „Dzienników…” są niezwykle interesujące, jednak po przeczytaniu „W rajskiej dolinie wśród zielska” i „Białej Gorączki”, poprzednich książek Badera, zdawać się może, że „Dzienniki…” nie wnoszą wiele nowego do twórczości autora. Pisarz przytoczył już tyle fascynujących historii, że trudno jest mu czymś zaskoczyć czytelnika. Z każdą kolejną książką – chociaż wszystkie oceniam wysoko – czyta się go z mniejszym zainteresowaniem. Gdyby była to moja pierwsza przeczytana pozycja autorstwa Badera, z pewnością moja recenzja byłaby bardziej przychylna. Reporter utrzymuje wysoki poziom, ale zdaje się, że przestał rozwijać swój warsztat literacki.

Bader jest reporterem nietuzinkowym. Ja nazwałbym go reporterem ekstremalnym. Zdarzyło mu się opłynąć kajakiem Bajkał, przejechać rowerem pustynię Gobi, a samochodem dotrzeć z Moskwy do Władywostoku – jechał sam i to w zimie. Dodam, że ten ostatni wyczyn był prezentem, który pisarz sprawił sobie na pięćdziesiąte urodziny (rocznik 1957). Bader dociera w zakątki, w które nie zapuszczają się zwykli turyści. Jest odważny, a czasem chyba zbyt brawurowy. Trzeba przyznać, że jego styl pisania nie jest zanadto wyszukany i kunsztowny. Jego książki są interesujące nie dlatego, że są rewelacyjnie napisane – bo są napisane poprawnie – ale dlatego, że autor ma o czym pisać, ponieważ dociera do niesamowitych miejsc, gdzie spotyka nietuzinkowych ludzi. Na Kołymie natrafia na bardzo różnych rozmówców, biednych i bogatych, starszych i będących w sile wieku, poczciwców i kryminalistów. Los każdego z bohaterów „Dzienników…” jest na tyle bogaty, że można by nimi obdzielić żywoty co najmniej kilku ludzi. To, co spisuje Bader jest nie tylko świadectwem życia mieszkańców jednego regionu. Na podstawie ich relacji dowiadujemy się wiele o historii całego Związku Radzieckiego, ponieważ na Kołymie mieszkają przedstawiciele wielu nacji, pochodzący z różnych zakątków byłego imperium. Są to najczęściej byli więźniowie albo ich potomkowie. Ich życiorysy dają bardziej ogólny zarys dwudziestowiecznej historii Rosji i ZSRR.

„Dzienniki…” potrafią wciągnąć czytelnika. Chociaż opowieść nie jest do końca płynna i ma słabsze momenty, to jednak jako całość prezentuje się nader okazale. Trochę widać, że została spisana w pośpiechu i jest „niedopieszczona”. Stąd zapewne wzięły się wspomniane na początku recenzji błędy merytoryczne. Bez wątpienia jest to jednak interesująca pozycja zarówno dla miłośników Rosji i Syberii, jak i dla osób, dla których Kołyma jest miejscem całkowicie nieznanym.

Krytyków Badera, którzy zarzucają mu przekłamania i koloryzowanie rzeczywistości zachęcam do przebycia Traktu Kołymskiego i zweryfikowaniu prawdziwości przytaczanych w „Dziennikach…” historii. Przywołany wcześniej Ryszard Kapuściński miał ten „komfort”, że jego książki bardzo trudno było zweryfikować pod względem autentyczności. Niewielu ludzi docierało do miejsc, w które on się zapuszczał. Często był jedynym świadkiem wydarzeń. Artur Domosławski próbował odbyć podróż tropami legendarnego reportera i zbadać autentyczność podawanych przez niego informacji. Ten, kto zapoznał się z „Kapuściński non-fiction” (swoją drogą: całkiem niezła książka) wie, że nie do końca mu się to udało. Badera „sprawdzić” jest dużo łatwiej. Wszyscy jego kołymscy rozmówcy żyją. Zapewne żyje też kilka niedźwiedzi, które chętnie polują na ludzi – można więc zbadać, czy faktycznie są one w stanie rozerwać karoserię ciężarówki, aby dobrać się do mięsa kierowcy (taką historię zasłyszał i opisał Bader, a internauci nie chcą wierzyć jego słowom). Zdaje się, że ryzyko zdemaskowania konfabulacji, jakich mógłby dopuścić się autor „Dzienników…” jest zbyt duże, aby warto byłoby się skusić na „podrasowanie” reportażu. Przecież opisuje on świat mało znany przeciętnemu Polakowi, który zainteresuje go nawet bez dodatkowego koloryzowania i naginania faktów. Należy też tutaj zaznaczyć, że „Dzienniki…” nie są typowym reportażem. Bliżej im chyba do relacji podróżniczych. Refleksje autora stanowią niewielką część całej książki i mają postać subiektywnych odczuć człowieka, który po raz pierwszy podróżuje przez dziką krainę i dopiero ją poznaje. Jedna z internautek dziwi się, że Bader tak bardzo przeżywa pokonywanie zamarzającej rzeki syberyjskiej za pomocą małej motorówki. Wydaje mi się, że ma do tego pełne prawo, nawet, jeśli realne niebezpieczeństwo nie jest aż takie duże. Wszystkie zarzuty pod adresem reportera, na które się natknąłem uważam za przesadzone i nie mają one wpływu na moją ocenę „Dzienników…”.

Więcej recenzji tego autora na:

przeczytawszy.blox.pl

Tagi: , , , , , ,

Skomentuj

Musisz być zalogowany aby mieć możliwość komentowania.