Karaibska dekadencja Thompsona
18 czerwca 2010 | liczba odsłon: 199
Kategoria: Książki, Recenzje
1.
Jest coś świeżego i rześkiego w pierwszych godzinach karaibskiego dnia, radosna zapowiedź tego, że coś może się lada chwila zdarzyć, może po drugiej stronie ulicy albo za następnym zakrętem. /s. 224
Jest coś świeżego i rześkiego w tej książce Thompsona, bez względu na to, czy czyta się ją w promieniach polskiego siebie niepewnego słońca, czy głęboką nocą w blasku lampy. Hunter, samozwańczy doktor dziennikarstwa, autor znany już z „Lęku i odrazy w Las Vegas”, tym razem spokojniejszy, choć i tu pesymistyczny; lubiący wypić, ale nie opisujący odjazdów we fluorescencyjnych barwach; wpasowujący się w światek dziennikarskich outsiderów, ale wciąż pozostający na zewnątrz tych
młodych gniewnych narwańców, którzy chcieli rozsadzić świat i zacząć wszystko od nowa, [i (...)] zmęczonych staruszków o piwnych brzuchach, życzących sobie tylko tego, by dożyć swoich dni w spokoju, zanim ta zgraja szaleńców rozerwie świat na pół. / s. 11
Stworzony przez niego protagonista, Paul Kemp, amerykański dziennikarz, już od dziesięciu lat regularnie zmienia pracę i miejsce zamieszkania. Z dwoma marynarskimi workami jeździ po świecie, pozornie nie potrzebując niczego stałego i powtarzalnego. Picie, przygodny seks i lajtowa (sic!) praca w redakcji na Karaibach – to jego sposób na życie. Bynajmniej jednak nie jest to przepis na szczęście, w które Kemp zwyczajnie nie wierzy:
- Szczęśliwa – mruknąłem, starając się pojąć znaczenie tego słowa. Ale to jedno z tych słów, których nigdy do końca nie rozumiałem. Tak jak Miłość. Większość ludzi trudniących się słowami nie pokłada w nich zbyt wiele wiary i ja nie stanowiłem wyjątku – zwłaszcza w przypadku tych wielkich. Szczęście, Miłość, Uczciwość czy Siła – to słowa za bardzo ulotne i względne w porównaniu z ostrymi, wrednymi słówkami takimi, jak Gówniarz albo Tani, albo Pozer. Z tymi czuję się jak w domu, bo są kościste i łatwe do pojęcia, lecz co do tych wielkich – trzeba być księdzem albo głupcem, by używać ich z choć odrobiną pewności siebie. / s. 70
Proza Thompsona – pełna werwy i nieobliczalnych sytuacji – przesiąknięta jest smutkiem i głębokim niespełnieniem. Choć okoliczności przyrody sycą oczy dziennikarza, a poza zarobieniem jakiejś wystarczającej na życie kasy nie ma żadnych ambicji zawodowych, pojawia się w nim – czemu wnikliwie i z pewnym zdumieniem sam się przygląda – chęć osiągnięcia małej stabilizacji: własnego mieszkania, śniadań jedzonych w domu, normalnej partnerki. Jednak ani sytuacja w redakcji (jakże trafnie opisanej pod względem typów dziennikarzy, atmosfery i pracy – taką redakcję pamiętam z własnych doświadczeń), ani impulsywni przyjaciele nie pozwalają mu na uporządkowanie swojego życia i spokojne picie drinków na balkonie z widokiem na palmy.
2.
Potem nadchodziło południe i ranek rozwiewał się jak zagubiony sen. /s. 225
Im dalej w las (czy raczej gaik palmowy), tym smutniej. Pomimo poczucia humoru Thompsona. Pomimo cierpkości i ostrych portretów. Pomimo słońca karaibskiego. Tym smutniej, ale i wnikliwiej. Ta książka wydaje się o wiele bardziej dojrzała niż „Lęk i odraza…”. Pewnie dlatego, że Thompson nie szafuje grami swojej naćpanej wyobraźni, a tylko opisuje rzeczywistość taką, jaką widzi na co dzień. I to jest na swój sposób piękne.
3.
[Aby dotrwać do zmroku i wygnać duchy za pomocą rumu] często wolałem nie czekać i zaczynałem pić już w południe. / s. 225
Kończąc karaibską przygodę z Thompsonem, wzdycham żałując Kempa, skazanego na tę wieczną samotną tułaczkę z butelką rumu pod pachą. Skazanego, ponieważ należy do opisanego przez siebie gatunku dziennikarza-włóczęgi:
Niektórzy byli bardziej dziennikarzami niż włóczęgami, inni bardziej włóczęgami niż dziennikarzami – ale, jeśli nie liczyć kilku wyjątków, tworzyli grupę wolnych strzelców, pracujących na pół etatu korespondentów zagranicznych, którzy z tego czy innego powodu żyli w znacznej odległości od dziennikarskiego establishmentu. To nie układni pracusie i bezmyślni potakiwacze, zatrudnieni w omszałych gazetkach i agencjach prasowych imperium Luce’a. To zupełnie inny gatunek. / s. 13
A takim jak on nie jest pisany spokój i udomowienie, tylko nienasycenie, ciągłe poszukiwania (kogo? czego?) i dekadencja, która jest dla nich jak laska, na której będą opierać się przez całe życie, idąc naprzód czy kręcąc się w kółko.
-
Książka Dziennik rumowy została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez wydawnictwo niebieska studnia.
—
Hunter S. Thompson, Dziennik rumowy (ang. The Rum Diary)
Przełożył Krzysztof Skonieczny
Wyd. niebieska studnia, 2010









ta recenzja (sam nie wiem czy to jest recenzja), jest zbyt hermetyczna. nie dowiedziałem się niczego, ani o książce, ani o autorze, ani o gatunku, którego dotyczy? o co kaman? – zapytam z właściwym sobie wdziękiem…
a szkoda, bo autorkę cenie jako recenzentkę. tym bardziej mi dziwnie
ale być może ja już nie osiągam tych wyżyn na jakie się wzbiła.
No faktycznie. Kajam się. Więc rozwijam specjalnie dla p. Darka:
Brak informacji o autorze wynika z tego, że o Thompsonie piszę po raz trzeci w krótkim odstępie czasu. Można o nim poczytać tu:
http://www.lekturyreportera.pl/ludzie/gonzo-na-barykady/
http://www.lekturyreportera.pl/ksiazki/gonzo-%e2%80%93-thompsonowski-styl-dziennikarstwa/
Gatunek – właściwie trudno określić. Czy jest to reportaż z San Juan na Karaibach i z zamieszek, które wtedy panoszyły się na ulicach; czy raczej relacja z pobytu na Karaibach młodego dziennikarza, reportera, korespondenta zagranicznego i jego spojrzenie na redakcję i pracę dziennikarską. Przychylam się do tej drugiej części zdania. Zwłaszcza po to, aby odeprzeć ewentualne uwagi, że „ale bohater fikcyjny”. Fikcyjny bohater jak najbardziej, ale gdy zna się Thompsona od dłuższego czasu (z jego książek i opracowań jego twórczości), to staje się całkiem jasne, że Paul Kemp to nikt inny, tylko sam Thompson.
Mam nadzieję, że rozwinęłam niedopowiedzenia w tekście (czy to jeszcze recenzja, sama mam wątpliwości…).
ja sam stosuję taka zasadę, że zakładam, iż czytelnik ma prawo nie znać poprzednich tekstów o książce czy autorze. nawet gdybym pisał o nim codziennie od stu lat
nigdy natomiast nie zakładam tego: „Fikcyjny bohater jak najbardziej, ale gdy zna się Thompsona od dłuższego czasu (z jego książek i opracowań jego twórczości), to staje się całkiem jasne, że Paul Kemp to nikt inny, tylko sam Thompson.” ludzie mają prawo nie znać. w przeciwnym razie recenzent pisze dla siebie i kręgu wtajemniczonych.
ale jestem wdzięczny za wyjaśnienia.
Gatunek – właściwie trudno określić. Czy jest to reportaż z San Juan na Karaibach i z zamieszek, które wtedy panoszyły się na ulicach; czy raczej relacja z pobytu na Karaibach młodego dziennikarza, reportera, korespondenta zagranicznego i jego spojrzenie na redakcję i pracę dziennikarską. Przychylam się do tej drugiej części zdania. Zwłaszcza po to, aby odeprzeć ewentualne uwagi, że „ale bohater fikcyjny”. Fikcyjny bohater jak najbardziej, ale gdy zna się Thompsona od dłuższego czasu (z jego książek i opracowań jego twórczości), to staje się całkiem jasne, że Paul Kemp to nikt inny, tylko sam Thompson.
+1