Jean Hatzfeld, „Strategia antylop”


14 maja 2010 | liczba odsłon: 568
Kategoria: Książki, Recenzje

„Strategia antylop” to straszna, przerażająca opowieść o niewyobrażalnej rzezi, jaka dokonała się w Rwandzie w 1994 r. To zapis ogromu ludzkiego cierpienia i tragedii, historia ocalonych i ich oprawców oraz niezwykłej walki o przeżycie.

Jean Hatzfeld książkę swoją poświęcił ludobójstwu, jakiego dopuścili się członkowie plemienia Hutu na osobach należących do plemienia Tutsi. Autor nie opowiada nam szczegółowo historii ich konfliktu, a jest ona długa i trudna, nie o to jednak tutaj chodzi, bo czyż jakiekolwiek historyczne zaszłości i zatargi mogą usprawiedliwiać tak straszliwą rzeź na całej ludności, na mężczyznach, kobietach, malutkich dzieciach, , czy osobach starszych? Wydarzenia te autor przybliża czytelnikowi na podstawie historii powiatu Nyamata, w którym w ciągu pięciu tygodni wymordowano około 50.000 z żyjących tam 59.000 członków plemienia Tutsi.

Ocaleni opowiadają nam zatem o swojej tragedii, o pięciu tygodniach strachu, rozpaczy, bólu i głodu. Opowiadają, jak na ich oczach zabijano maczetami niemowlęta, matki, siostry, braci. Opowiadają o swojej woli życia, o tym, ile człowiek jest w stanie znieść, gdy znajdzie się w skrajnie trudnych warunkach i rozpaczliwie walczy o przetrwanie. Czy potrafimy sobie wyobrazić, że można przez ponad miesiąc codziennie od rana do wieczora biegać, uciekając przed świszczącymi maczetami? Ile czasu można się ukrywać w psiej budzie, wśród odchodów? Czy można nadal chcieć żyć, gdy nie ma już żadnej bliskiej osoby, gdy jest się samemu na świecie? Jakie cierpienie i upodlenie można znieść, by przetrwać? I czy po czymś takim da się w ogóle normalnie żyć?

Czym dla tych ludzi jest ocalenie? Jak masakra zmieniła ich życie? Oczywiście, żyją dalej, pobierają się, mają dzieci. Z jednej strony, w pewnym stopniu znowu cieszą się życiem, może nawet tym bardziej, z drugiej jednak tej tragedii nie da się zapomnieć, nie da się wymazać z pamięci pomordowanych bliskich i chyba nie da się też wybaczyć. Jak bowiem mogłoby wyglądać owo wybaczenie? Może nie byłoby ono jeszcze takie trudne, gdyby oprawcy podzielili los swych ofiar, albo przynajmniej resztę życia spędzili w więzieniu. Tymczasem ktoś musiał przecież pracować na polach, by kraj całkiem nie zubożał, w związku z czym wielu morderców wypuszczono na wolność, pozostawiając w zamknięciu tych, którzy kierowali całą akcją i zagrzewali do niej.

Bohaterowie często z nadludzkim wysiłkiem próbują opisać uczucia towarzyszące spotkaniom z tymi, którzy bez najmniejszych skrupułów ścinali maczetami ich bliskich. Którzy polowali na ludzi, niczym na zwierzęta? Czy można po tym wszystkim żyć jak dawniej, znowu mijać się na ulicy, spotykać przy piwie, wymieniać pozdrowienia? Czy przedstawiciel Hutu idący z maczetą na pole kiedykolwiek przestanie budzić przerażenie u Tutsi? Czy skończą się kiedyś nocne koszmary ocalonych?

W tej książce, mimo tak wielu postawionych pytań, nie znajdziemy jednoznacznych odpowiedzi, wręcz przeciwnie, pytań wydaje się być coraz więcej, a ogrom bólu jest niewyobrażalny.

Autor nie skupia się jednak tylko na ofiarach, rozmawia także z oprawcami. To zwykle prości ludzie, którzy nie potrafią dziś wyjaśnić motywów swojego postępowania. Czasem zrzucają winę na innych, czasem odpowiadają zdawkowo. Bardzo niewielu z nich ma odwagę głośno wyznać swe winy i prosić o wybaczenie, a los tych, którzy ją mają jest jeszcze gorszy. Oprawcy wydają się również cierpieć. W końcu ich gospodarstwa zwykle podupadły, a niektórych opuściły żony. Na każdym kroku czują na sobie oskarżycielskie spojrzenia swoich niedoszłych ofiar. Nie pojmują jednak zupełnie, że ich cierpienie nie może się równać z tym, jakie sami zadali. Oni przecież jednak mają do czego wracać, mają w większości żony, dzieci, rodziców i innych krewnych. Gospodarstwo zawsze można podźwignąć z upadku. Ocalonym natomiast nikt już nigdy nie zwróci ich bliskich, nikt też nie znajdzie sposobu, by zapomnieli swoje tragiczne przeżycia.

Są tu oczywiście i optymistyczne akcenty. Oto bowiem zdarzają się nawet małżeństwa mieszane pomiędzy przedstawicielami Hutu i Tutsi. Zwykle przyjmowane z dużymi oporami przez rodziny, a jednak się zdarzają. Są wspaniałe cuda jak ten, że bezpłodna dotąd kobieta po ocaleniu rodzi jedno po drugim sześcioro dzieci. Czyżby to był przypadek?

Książka jest napisana w sposób niezwykle wciągający. Przedstawia spojrzenie na tę sprawę obydwu stron, przynajmniej na tyle, na ile one same chcą cokolwiek mówić. Wbrew wszystkiemu jest jednak dowodem na to, że życie mimo tragedii dalej się toczy, pozornie normalnie, niemal jak dawniej. Ocaleni to przecież ludzie, którzy w większości wykazali się niezwykłą wolą życia, walczyli o przetrwanie mobilizując siły, których sami w sobie nie podejrzewali. Czasem jednak niestety łatwiej jest walczyć o przeżycie w sytuacji ekstremalnej, niż potem nauczyć się znowu normalnie funkcjonować. To wyzwanie czasem większe, niż przetrwanie masakry.

Przyznam, że o ludobójstwie w Rwandzie wiedziałam bardzo niewiele. Oczywiście, miałam świadomość, że Hutu i Tutsi to wojujące ze sobą plemiona, gdzieś tam wspominano o jakiejś masakrze, ale to w końcu tak daleko od naszego, europejskiego świata. A przecież w pobliżu nie brakowało przedstawicieli Zachodu, w tym mediów. Co z tego, skoro pokojowe siły ONZ po prostu się wycofały, zabierając swój personel medyczny, zakonnice i księży. Przecież o tej masakrze świat mógł się dowiedzieć znacznie wcześniej, może dało się ją jeszcze jakoś zatrzymać? Znowu jednak stajemy przed powtarzającym się od lat problemem niewiary i bierności. Niegdyś świat zachodni nie uwierzył w getta, obozy koncentracyjne czy w Katyń. Przez wiele lat nie wierzył w sowieckie łagry i chyba do dziś nie dowierza wielu rzeczom, które się opowiada o Rosji. Właściwie, to bardzo wygodna niewiara, za którą kryje się raczej wspomniana bierność. W wieści o takiej masakrze także nikt nie uwierzył. Czy to było zbyt straszne, czy codzienne, zorganizowane polowania na ludzi były zbyt przerażające, by można w nie było uwierzyć, ogarnąć wyobraźnią?

Biali nie chcą zobaczyć tego, w co nie wierzą, a nie mogli uwierzyć w ludobójstwo, bo to zabijanie, które przerasta wyobraźnię wszystkich.

„Strategia antylop” to świadectwo przerażających wydarzeń, które rozegrały się nie gdzieś tam i dawno temu. Rozegrały się pod koniec XX wieku, na oczach całego świata, ale świat tylko otworzył usta ze zdumienia i tak pozostał aż do końca, a oczy profilaktycznie zamknął udając, że problemu nie ma.

Polecam tę książkę, bo to, co trudne i straszne również warto znać i potraktować jako kolejną przestrogę dla nas wszystkich. Polecam ją, bo uświadamia, jak ogromna wola walki może być w człowieku i ile można znieść upokorzeń, bólu, strachu i wszelkiego cierpienia. Polecam, bo powstała właśnie po to, by nam wszystkim dać do myślenia, by opowiedziane tu historie ocalić od zapomnienia. One z całą pewnością są tego warte.

Wydawnictwo Czarne, 2009

Tagi: , , , , , , , ,

Skomentuj