„Jadę sobie”, czyli dziennik samotnej podróżniczki
30 marca 2010 | liczba odsłon: 229
Kategoria: Książki, Recenzje
„W sześć miesięcy przejechałam Indie, Malezję, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Miałam tylko ogólny plan trasy, a i tak często go zmieniałam. (…) Nie postawiłam sobie za punkt honoru, żeby zobaczyć wszystkie zabytki i świątynie, pojechać na każde safari, pójść na każdy trekking. Wybierałam to, co mnie interesowało najbardziej. (…) Jechałam sobie.”
Tak autorka książki, Marzena Filipczak, podsumowuje (przewrotnie, bo na wstępie) swoją półroczną podróż po Azji. Ciąg dalszy pokazuje, że nie przesadziła – książka jest dosyć wiernym (choć nieprzesadnie) dziennikiem z tego „jechania sobie”, który początkowo miał formę pisanego na gorąco blogu. I z tych zapisków wynika jasno, że nie była to jedna z tych precyzyjnie zaplanowanych, z góry zorganizowanych i opłaconych wycieczek, które w nazwie mają „trekking” , żeby turysta czuł powiew przygody. To naprawdę było „jechanie sobie” – samotne, samodzielne i samorządne. Na własną odpowiedzialność i ryzyko.
Ryzyko, które – jak wynika z książki – wcale nie jest aż tak wielkie, jeśli człowiek ma głowę na karku, a w niej sporą dawkę zdrowego rozsądku. Samotna, biała kobieta w Azji? W tanich hotelach, w zapchanych autobusach, w nocnych pociągach i zbiorowych dżipach? Tak, to możliwe. I Marzena Filipczak pokazuje, jak się do tego zabrać. Bo książka, prócz barwnego i żywego opisu odwiedzanych miejsc, zawiera także całe mnóstwo praktycznych porad i informacji. Co bezwzględnie trzeba zabrać na taką wyprawę. Jak szukać hotelu na naszą kieszeń. Co zrobić, żeby nie chorować, a co, jeśli już się zachoruje. Jak się ubierać, a jak w żadnym wypadku nie wolno. Jak korzystać z azjatyckiego kibla i dlaczego warto mieć przy sobie kawałek sznurka i kłódkę. I tak dalej, i tak dalej.
A przy tym, Marzena Filipczak nie pozuje na wytrawną podróżniczkę. Z dużym poczuciem humoru przyznaje się do różnych błędów i pomyłek, z każdej sytuacji wyciągając jakąś nauczkę. Czytając to, będziesz się, Czytelniczko, co chwila przyłapywać na myśli: „Hm, może i ja bym tak mogła…?” . Piszę „czytelniczko”, bo faceci i tak na pewno sądzą, że by mogli, więc po lekturze „Jadę sobie” najwyżej pomyślą, jak to cudownie, że ich żona (dziewczyna/córka/siostra – niepotrzebne skreślić) nie ma takich odjechanych pomysłów.
Książkę czyta się piorunem, a fakt, że złożyły się na nią głównie blogowe zapiski (druga część, ta ściśle poradnicza, jest o wiele szczuplejsza, choć może być dosyć pomocna), sprawia, że mamy wrażenie towarzyszenia autorce w podróży. Widzimy, jak po wielogodzinnej jeździe autobusem lub dżipem, siedzi zakurzona w kafejce internetowej i na gorąco dzieli się z nami tym, co widziała, słyszała, jadła… A niejako przy okazji dostajemy sporą dawkę wiedzy o miejscach, które odwiedziła. I tu muszę powiedzieć coś ważnego: za wyjątkiem Malezji, byłam we wszystkich krajach, które przewędrowała Marzena Filipczak. I kiedy czytałam jej książkę, nie mogłam się powstrzymać od myśli: „Tak! Tak tam właśnie jest!”. Dodatkową atrakcję stanowią zdjęcia z opisami, dzięki którym wiemy, na co patrzymy.
Dlatego wybaczam autorce „lokalesów” (określenie oznaczające tubylców), a nawet to, że „maniakalnie ogląda” Władcę pierścieni, zamiast tego Tolkiena po prostu przeczytać. I cieszę się, że ma w planach kolejne podróże, bo może i z nich coś napisze. Mam tylko nadzieję, że redaktor trochę bardziej przyłoży się do pracy, bo napotykane tu i ówdzie literówki i przejęzyczenia (np. nagminnie występujący „tybylcy”, którzy zapewne mają być „tubylcami”) trochę irytują.
Marzena Filipczak, Jadę sobie, Azja, przewodnik dla podróżujących kobiet, Poradnia K, Warszawa 2009; zdjęcia ilustrujące artykuł pochodzą z prywatnych zbiorów autorki recenzji.
—
Książka Jadę sobie została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Poradnia K







brzmi ciekawie, choc lokalesi faktycznie trochę budzą dystans
poczytam