Ja – reporter. Ja – pomyleniec.
3 lipca 2010 | liczba odsłon: 78
Kategoria: Książki, Polecamy, Recenzje
Na scenę wchodzi Ryszard Kapuściński i Herodot. Dołącza do nich Marek Grechuta i razem śpiewają: „Kto pierwszy szedł przed siebie? Kto pierwszy cel wyznaczył? Kto pierwszy w nas rozpoznał – Kto wrogów? Kto przyjaciół…” – tak powinien wyglądać idealny wieczór promocji dzieła Ryszarda Kapuścińskiego „Podróże z Herodotem”.
Jest to książka, której myślą przewodnią jest stawianie pytań i nieudzielanie odpowiedzi. Kapuściński zadaje pytania w imieniu swojego mentalnego towarzysza – Herodota, który był pierwszym znanym reporterem w dziejach ludzkości. Zadaje też pytania, które go samego nurtują. Zasiewa wątpliwości w duszy czytelnika, który jak pod wpływem magicznej różdżki – również zaczyna zastanawiać się nad naturą świata i człowieka. Czytelników przybywa, więc z dnia na dzień powiększa się grono współczesnych filozofów.
To tylko pozornie jest książka podróżnicza, z którym to gatunkiem zwykliśmy utożsamiać Kapuścińskiego. Jest to manifest człowieka owładniętego „żądzą, bzikiem, manią poznania”, którego dom znajduje się w drodze. Jest tak bardzo ciekaw świata, że nie może usiedzieć w miejscu. Jednakże podróżując, męczy się przeogromnie, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie może ogarnąć świata i życia mu nie starczy na zrozumienie choćby jednej kultury.
„Podróże z Herodotem” są książką poniekąd biograficzną. Kapuściński pokazuje w niej, jak się miotał przez całe życie. Jako młody dziennikarz trafia do Indii, gdzie wszystko jest obce. Jedynym jego towarzyszem w tej pierwszej dalekiej wyprawie są „Dzieje” Herodota. Po powrocie rzuca się w wir nauki języka, studiowania hinduizmu, zgłębiania tradycji folkloru – życie chce poświęcić Indiom. Ale nagle trafia do Chin i historia się powtarza. Uczy się alfabetu, czyta Mao i Konfucjusza i znowu przeraża go ogrom państwa, którego nie może zrozumieć. Następnie Afryka i Ameryka. Dociera do kolejnego kraju – jest zachwycony, ale szybko uświadamia sobie, że ten kraj ma granice, a co za nimi? Granice kuszą i wzywają do siebie. Przekracza jedną, a tam mu mówią, że dalej jest następna.. I tak w kółko Macieju. Ktoś by mógł powiedzieć: osiołkowi w żłobie dano, ale to nie jest do końca prawda. Ani Ryszard Kapuściński ani żyjący kilka tysięcy lat wcześniej Herodot nie byli rozpieszczonymi turystami. Herodot miał aspiracje opisać dzieje całego – znanego mu wtedy – świata. Kapuściński wiedział, że jest to niemożliwe, dlatego wciągnęła go Afryka – kontynent wielu języków i wielu grup etnicznych. Sam siebie przekonywał (oszukiwał?), że nie starczy mu życia na zgłębienie kultury Indii czy Chin, ale jest szansa, że małe rozdrobnione państewka Czarnego Lądu będzie w stanie zrozumieć.
Kapuściki napisał w gruncie rzeczy traktat psychologiczny o naturze reportera. Człowieka, którego wciąż dziwi świat i w momencie, kiedy jego rówieśnicy stali się stateczni i dojrzali, on nie wiedzieć czemu w pewnym stopniu pozostaje wciąż dzieckiem. Niezależnie od tego, ile krajów przebył, ile kobiet całował, z iloma wielkimi tego świata pił wódkę, pozostaje samotny, bo z jednej strony ludzie traktują „owe nieprzystające do nikogo i niczego typy jako dziwaków, jako nawiedzonych, nawet – jako pomyleńców”, a z drugiej strony taki dziwak-reporter gdziekolwiek się znajduje, całe życie marzy o jednym – aby wrócić na szlak.
Ryszard Kapuściński „Podróże z Herodotem”, 2005
Recenzja opublikowana na stronie wydawnictwa Znak.






