Europejka szukająca siebie gdzie indziej
k315 września 2009 | liczba odsłon: 325
Kategoria: Książki, Recenzje
Lekturę „Córeńki” zwykle zapewne, w moim przypadku tak było, poprzedza przyjęta do wiadomości opinia o jej autorze – reportażyście klasy najwyższej. Stąd biorą się określone oczekiwania czytelnika – należy sobie przygotować taki zestaw „małego chirurga literatury”, który przyda się podczas operacji rozkładania książki na czynniki pierwsze.
Szybko miało się jednak okazać, że ów zestaw noży interpretacyjnych i analitycznych do reportażu może się nie przydać. Okładkowa recenzja książki kazała przygotować się bowiem na wrażenia innego rodzaju, na gatunek będący w zasadzie dzisiaj synonimem literatury czyli powieść, choć równie mocno akcentowano tam sylwiczność, przekraczanie ram reportażu, do czego zresztą wrócę niebawem. Wziąłem więc poprawkę na własne oczekiwania i zabrałem się do lektury.
Od początku owa sugerowana literackość książki zostaje kapitalnie podważana. Czytelnik dostaje od razu wykładnię stylów czy może gatunków, którymi autor zamierza operować niczym skalpelem na tkance historii – można rzec – żywej. Rozpoczyna się „Córeńka” jak czytadło dla kobiet, potem powoli każdy z aspektów literatury w spódnicy zostaje wykorzystany. W dalszej kolejności pojawia się kolejny kod literacki – książka podróżnicza, globtroterska, zbierająca wrażenia i otwarta na nie. Pierwszosobowa narracja, choć pasująca jak ulał również do literatury kobiecej, obiecuje ponadto wrażenia rodem z dziennika podróżnego. Te nadzieje zresztą zostają zawiedzione jako pierwsze. Nad całością czuwa znany przecież aż nadto nieco już sterany od nadmiernego używania sztafaż typowy dla powieści detektywistycznych.
Wszystkie te literackie kodyfikacje, krygacje genologiczne zostają po kolei banalizowane, doprowadzane do granicy znaczenia, a potem obnażana jest ich wtórność, umowność, a nawet fałszywość.
Nie mam wystarczającej cierpliwości teoretycznoliterackiej, żeby dowodzić, iż „Córeńka” jest próbą dyskursu ponadgatunkowego, próbą obrony czystości gatunkowej, antyliterackiej reportażu, tak haniebnie – zdaniem wielu (czytałem recenzje) – bezczeszczonej poprzez akt popełnienia tej powieści. Jeśli jednak moje intuicje czytelnicze są choć w części słuszne, autor rozminął się z recenzentami, a jego zamiar został niezrozumiany. Bawił się reportażem, czy mówił coś ważnego o jego funkcjach i wcieleniach, o nowych polach gatunkowych, które muszą wejść w jego obręb? Nie śmiem nic twierdzić z całą mocą…
Jedno z nasuwających się pytań odhaczyć jednak trzeba w tej recenzji, postawić z całą mocą. Żyjemy w czasach nieprawdopodobnej wręcz i niewyśnionej nawet przez Gutenberga konsumpcji informacji. Czy zatem Tochman nie stawia na ostrzu noża, bądź, jak kto woli grzbiecie książki, kwestii epistemologicznej miałkości tekstów pisanych? Czy, wypróbowując kody i popularne literacki tricki, nie nawołuje do stawiania zadań literaturze? Czy – w tym sensie – reportaż nie byłby nie tyle nadwartością, z racji swych ambicji docierania do prawdy, co może literacką brzytwą Ockhama, wskazywaniem rozwiązań najważniejszych, a przez to najprostszych? Wytyczaniem zadań literaturze, które dawno już o nich zapomniała i jest – jak pisał ongiś Gombrowicz – jedynie jajkiem na miękko?
* * *
Z okładki: „Wojciech Tochman, znakomity reporter, tym razem przekracza ramy dokumentu. Fakty łączą się tu nierozerwalnie ze światem wyobraźni i kreacji”. Słowu „przekracza” trzeba przyjrzeć się szczególnie intensywnie. Oznacza ono, że reportaż jest tutaj punktem wyjścia, punktem dojścia zaś podważenie jego mocy odkrywania prawdy. Literatura staje się u Tochmana kuźnią nieprawd, zakłamań, aberracyjnych zachowań ludzkiego głodu poznania. Reportaż zaś też jest dziełem literackim.
Z książki (próba określenia sposobu owego przekraczania, o Beacie Pawlak – reporterce i pisarce): „Teraz podróżując po Bali mogłaby napisać drugą [powieść]: zebrane fakty potraktować dowolnie, czego reporterce robić nie wolno. Ale pisarce tak”. I dalej, o wątku już podjętym, raz w suponowanej relacji samej bohaterki, zapośredniczonej w narracji przyjaciółki jej poszukującej, drugi raz w „rzetelnym” reporterskim ujęciu Tochmana (nota bene, należy w tych zależnościach narracyjnych widzieć konsekwentną, choć swoistą, realizację modelu powieści szkatułkowej): „nie król zabił młodszego brata, ale młodszy brat zabił króla, nie tego z dynastii Pamecutan i nie w Denpassar, ale gdzieś na ryżowych polach, we wsi, która w rzeczywistości nie istnieje”. I wciąż te wyścigi pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Która mocniej, która właściwiej opisze, przedstawi, zdiagnozuje…
* * *
Rzeczywistą historię Beaty Pawlak przerywa zamach terrorystyczny na Bali, będący przedmiotem reporterskich dociekań autora poszukującego zaginionej koleżanki. W części, gdzie narratorem jest sam autor ( w partii końcowej) kunszt reportażysty miesza się z czułostkowością wobec zmarłej, dając efekt emocjonalnie naładowanego collage’u słownego. Tutaj też wytracają swą moc owe literackie kody, które mieszają się w części powieściowej.
Rzetelne fragmenty traktujące o przyrodzie, obyczajowości czy – szerzej – mentalności – mieszkańców Bali nie są w stanie ukryć faktu, że „Córeńka” jest reportażem przede wszystkim o Europejczyku, bądź – jak dokładnie w tym przypadku – Europejce poszukującej swej tożsamości. Jest próbą określenia kondycji współczesnego mieszkańca najstarszego kontynentu, który musi wyruszać w najdalsze zakątki globu, żeby w lustrze inności ujrzeć swą poskładaną i kubistyczną osobowość.
W tym sensie literacki wymiar książki autora ma znaczenie właśnie diagnostyczne. Kondycja współczesnego człowieka z Europy naznaczona jest literackością, wszystkie genologiczne kody są częścią jego samego. Kultura zdaje się ciążyć wielością pajęczynowo połączonych znaków na osobowości. Tej ostatniej trzeba więc szukać tam, gdzie semiotyzacja rzeczywistości jest mniej nasilona.
O taką rozdzielność człowieka i świata, życia i praw, wiary i religii, których nie plączą poszczególne znaki i ikony walczą w gruncie rzeczy terroryści, a w takiej właśnie symbiozie żyją mieszkańcy wsi „głuchych”, która w „tamtym” świecie jest zwyczajnie jego częścią, a dla Europejczyka od razu znaczy poprzez swą przypowieściową wymowę. Chyba nie umiemy nie odbierać rzeczywistości jako systemu znaków literackich. Jest to znaczący, i w książce mocno zaznaczony, rodzaj bezsilności.
* * *
Bez wątpienia wiele straci czytelnik, który, sugerując się tytułem, potraktuje „Córeńkę” jak prozę wspomnieniową bądź funeralną.








