Dziewięć indyjskich żywotów według Dalrymple’a

Kamila Kunda
21 lutego 2012 | liczba odsłon: 96
Kategoria: Książki, Obcojęzyczne, Recenzje

Jechałam do miasteczka Sangla w himalajskiej dolinie Kinnaur. Ostatni, kilkukilometrowy odcinek trasy pokonałam we wspólnej taksówce z osiemnastoletnim mnichem buddyjskim, który wracał na zimę do domu ze szkoły lamów w Nepalu, gdzie studiował już trzeci rok, i z jego rodzicami. Jak większość mieszkańców tego rejonu mama młodego Indusa wyznawała hinduizm i buddyzm. Krajobraz zdobiły buddyjskie czorteny i maleńkie świątynie hinduistyczne, na mostach zaś zawieszone były dziesiątki kolorowych flag modlitewnych. Przy jednej takiej hinduistycznej świątyni musieliśmy się zatrzymać – na drogę wyszedł stary sadhu (hinduski asceta), machając do nas. Mimo że pogoda była chłodna, nadchodziła zima, sadhu miał na sobie tylko kawał pomarańczowej tkaniny i bose stopy. Pobłogosławił nas (tylko osiemnastolatek odmówił błogosławieństwa), palcem nałożył tilak (bordowa kreska z pasty sandałowej) na czoła , a do złożonych dłoni wsypał kilka suszonych owoców i skrystalizowane drażetki cukru (wszystko razem kupuje się w wielkich workach i zanosi jako ofiarę do świątyń). Ojciec mnicha dał mu 10 rupii i mogliśmy jechać. Następnego dnia wracałam tą samą trasą – innej zresztą nie ma – autobusem. Znów musieliśmy się zatrzymać, a sadhu wszedł do autobusu i pobłogosławił w ten sam sposób każdego z osobna. Wyraźnie ucieszył się, widząc mnie ponownie, a ja tym razem także dałam mu banknot dziesięciorupiowy.

William Dalrymple w swojej najnowszej książce „Nine Lives. In Search of the Sacred in Modern India” udowadnia, że wystarczy wyjechać poza duże miasta, zjechać z szerokich ulic, zboczyć z turystycznego szlaku, by napotkać ludzi, dla których wiara i świętość wciąż stanowią tak duże znaczenie jak dla ich przodków. Mieszkający od 1989 roku na przedmieściach Delhi z żoną i trojgiem dzieci pisarz zwiedził tym razem odległe od stolicy rejony Kerali, Tamil Nadu, Himachal Pradesh, Bengalu, przekroczył też granicę z Pakistanem w poszukiwaniu ciekawych historii. Rezultatem jego wojaży jest pasjonująca książka, w której opisuje dziewięć ludzkich losów. Nie są to jednak nużące historie w klimacie „żywotów świętych”, a barwne opowieści o przewrotności ludzkiego losu, hipokryzji brahminów, wielkiej siły, jaką człowiek skrywa w sobie. Poznajemy devadasi - kobietę oddaną w dzieciństwie na służbę do świątyni bogini Yellammy, która zostaje świętą prostytutką; mnicha z Tybetu, który porzucił śluby, by walczyć o wyzwolenie Tybetu i został przez rząd indyjski perfidnie wykorzystany do innych celów; twórcę figur bogów do świątyń hinduskich; dżinijską mniszkę, która opowiada o niebywałej dyscyplinie, jakiej wymaga życie mnichów w tej religii; Baulów – niepiśmiennych często trubadurów w Bengalu; keralskiego tancerza theyyam z kasty Dalitów (dawniej zwanych nietykalnymi), w którego przez trzy miesiące w roku podczas nocnych rytualnych przedstawień tanecznych wstępuje bóg; tantrycznej czcicielki bogini Tary; radżastańskiego śpiewaka historii z Ramayany i sufich, gromadzących się przy grobach muzułmańskich poetów.

Z kart przebija wielka fascynacja pisarza tak różnymi wierzeniami i ich esencją, zasadami, według których jego rozmówcy żyją i sposobem odczuwania przez nich świętości. Jednak nigdy w żadnym momencie Dalrymple nie traktuje swych znajomych jak małpek w zoo czy eksponatów muzealnych. To są żywi ludzie, których podróżując po Indiach mijamy na każdym niemal kroku. I ja widziałam dżinijskie mniszki w białych szatach, idące wzdłuż drogi, z białym kawałkiem materiału przykrywającym usta i miotełką w dłoni. I ja poznałam buddystów, którzy medytują w jaskiniach położonych wysoko w Himalajach, widziałam pokrytych popiołem sadhu z głowami oplecionymi długimi dredami, kąpiących się w świętej wodzie Gangesu w Varanasi. Od świętości nie ma w Indiach ucieczki. Dalrymple pokazuje, jak wiara może być częścią życia, jak może stać się centrum, wokół którego wszystko się kręci, ale też jak może stanowić ucieczkę od życia. Dżinijska mniszka opowiada o salekhanie - powolnej drodze, na którą wstępują bardzo religijni wyznawcy dżinizmu, a która polega na stopniowym opuszczaniu ciała przez zagłodzenie się na śmierć. Devadasi swą wiarą jest w stanie racjonalizować los, na jaki skazali ją rodzice, czyli prostytucję w imię składania ofiary bogini. Tancerz theyyam, czczony przez brahminów przez trzy miesiące w roku jako medium dla boskiego ducha, czerpie z rytuału siłę, która pozwala mu przez pozostałe miesiące wykonywać trudną pracę strażnika więziennego i dodatkowo budować studnię dla ludzi z wyższej kasty, którzy na co dzień nim pogardzają. Brytyjczyk nie opiera całej swej wiedzy, jaką przekazuje czytelnikom, na rozmowach. Sięga do wielu książek, cytuje różnych autorów, widać ślady potężnego researchu (a na końcu książki podana jest dokładna bibliografia do każdego rozdziału).

Nie można tej książki traktować jednak jako kompendium wiedzy o wszystkich religiach Indii. Zabrakło w niej wyznawcy zoroastrianizmu, Dalrymple nie rozmawiał z żadnym żydem czy sikhem, brakuje historii chrześcijan i innych. To nie jest w żadnym wypadku wada publikacji, zamysł był taki, że ta książka będzie stanowiła subiektywną selekcję ciekawych osobowości i sposobów na życie, wszystkich autentycznych. Rewelacyjna pozycja, którą czyta się jak powieść, wciągającą już od pierwszej strony, jest niezwykle cenna, gdyż pokazuje z jednej strony jak bardzo bogate i nakładające się na siebie są tradycje i mity indyjskie, a z drugiej ujawnia, jak wciąż żywe są one w świadomości ludzkiej i ich wyborach życiowych. Sporo dziennikarzy, reporterów i komentatorów indyjskich jak i zachodnich, specjalizujących się w tematyce indyjskiej, lubi podkreślać, jak wielki progres osiągnęły Indie, jak pradawne rytuały odchodzą do lamusa, a przyszłość stoi pod znakiem technologii komputerowej. Niemniej jednak wystarczy otworzyć egzemplarz indyjskiego tygodnika społeczno-polityczno-kulturalnego „Outlook” z 19 grudnia 2011 roku, z którego czytelnik może dowiedzieć się, że w świątyniach w Karnatace wciąż praktykuje się rytuał tarzania się Dalitów i osób z lokalnych plemion w resztkach niezjedzonego przez brahminów pokarmu. Tarzający się wierzą, że to wyleczy ich z uporczywych dolegliwości, przede wszystkim skórnych, a kobiety łatwiej poczną chłopców. Podejmuje się obecnie próby, by zakazać praktykowania tego upokorzającego rytuału, jednak książka Dalrymple’a przypomina, że ta jedna tradycja w świątyni w jednym indyjskim stanie to kropla w morzu wierzeń i obrzędów indyjskich.

 

Książka ukaże się w Polsce w czerwcu 2012 roku pt. „Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach” nakładem wyd. Czarne.

Recenzja ukazała się wcześniej na blogu autorki „Chihiro o świecie”: www.chihiro.blox.pl

Tagi: , , , , ,

Skomentuj