Barbara Ehrenreich, „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć”

Jakub Osina
17 maja 2009 | liczba odsłon: 1 251
Kategoria: Książki, Recenzje

Do dziś jestem dumny z pierwszego reportażu, który opublikowałem niegdyś w regionalnym tygodniku. Był to opis życia ludzi w lokalach socjalnych. Lokalach, które miejscowi nazywali „barakami” i omijali je szerokim łukiem. Rozmawiałem z ich mieszkańcami, słuchałem ich historii, notowałem i powstał z tego całkiem niezły, jak na debiut reporterski, tekst. Potem „rzuciłem się” w wir lokalnej i regionalnej polityki, wydarzeń kulturalnych, opisywałem niewielkie afery, kreśliłem portrety ludzi i ich pasje… Kiedy jednak wspominam dziś moje dziennikarskie przetarcie, to ów pierwszy duży materiał o „ludziach z baraków” uważam za najważniejszy. Dotykał bowiem spraw, które dla czytelników gazety były i bliskie bo przecież omijali to miejsce, doskonale wiedząc dlaczego i dalekie zarazem. Mieszkańcy miasta wiedzieli tak niewiele o źródłach problemów tych ludzi, sprowadzając je zazwyczaj do alkoholu.

Okładka książkiBarbara Ehrenreich postanowiła opisać życie Amerykanów, pracujących na stanowiskach najgorzej opłacanych kelnerek, sprzedawców i sprzątaczek. Poszła ona jednak w swoim reportażu dalej niż ja, przygotowując tekst o „barakach”. Nie napisała swojej historii opierając się wyłącznie na rozmowach i obserwacjach, lecz sama na własnej skórze sprawdziła, czy może utrzymać się z tego typu zajęć. Schemat był zawsze jednakowy: wybierała region dla swojego eksperymentu, po czym szukała tam mieszkania i pracy (jako sprzedawca, kelnerka, czy sprzątaczka), aby sprawdzić, czy uda się jej wytrzymać finansowo (jak się okazuje podczas lektury pieniądze to tylko jeden z problemów, chociaż zdecydowanie fundamentalny).

Zdradzę konkluzję: pracując w Stanach Zjednoczonych za 6 czy 7 dolarów za godzinę, można przeżyć. Jednak nie to jest w tej książce najważniejsze i najciekawsze. Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę, jest zderzenie liberalnej intelektualistki, posiadającej niemały bagaż doświadczeń, idei i wyobrażeń, z tym, co nieco banalnie zwykliśmy nazywać „prozą życia”. Z problemami zakupu jak najtańszych spodni w regulaminowym kolorze, gotowania makaronu bez odpowiedniego sprzętu, czy prania skąpej garderoby w odpowiednio dostosowanym do pracy cyklu dnia.

W Stanach Zjednoczonych określenie „liberalny”, którego użyłem wobec Ehrenreich, odzwierciedla, mniej więcej, europejskiego „socjaldemokratę” stąd, nawiasem mówiąc, wśród polskich dziennikarzy dochodzi często do wielu istotnych pomyłek, podczas opisywania amerykańskiej sceny politycznej.

Wróćmy jednak do umiarkowanej lewicowość Ehrenreich i wynikającej z niej wrażliwości na sprawy społeczne. Zdają się one leżeć u podstaw jej książki cały czas przebija z jej kart swoisty konflikt między obiektywizmem dziennikarskim, a potrzebą osobistego zaangażowania reportera w sprawy, które opisuje. W przypadku reportażu, o którym piszę, owym impulsem do aktywizmu jest przekonanie autorki, że jednym z podstawowych leków na bolączki ludzi, których spotyka, powinny być dobrze zorganizowane związki zawodowe. Do rozmów na ich temat dochodzi jednak tylko i wyłącznie w momentach, kiedy nie zagrażają one nadrzędnemu celowi reporterki badaniom oraz opisowi życia ludzi, takim jakim ono naprawdę jest. Słowem, dzieje się tak zazwyczaj, gdy jakaś faza eksperymentu dobiega końca i swoista „dekonspiracja” nie zagraża zrujnowaniu warunków brzegowych reportażu (z których jednym z najważniejszych jest przedstawianie się jako samotna kobieta w średnim wieku, próbująca, jak wiele jej podobnych, utrzymać się z pracy na nisko opłacanych stanowiskach). Z drugiej strony Barbara Ehrenreich zdaje sobie sprawę, że jej badanie nie odzwierciedla dokładnie warunków i co pewnie ważniejsze kontekstu egzystencji ludzi najsłabiej zarabiających. Przykładem są chociażby bardzo istotne wydatki na opiekę zdrowotną, których ona ponosić nie musi jest przecież osobą, która przez lata dbała o swoje zdrowie, dlatego też, kiedy przychodzi do przeżycia kilku tygodni za pieniądze zarobione na samym dnie drabiny zawodowej jest o wiele bezpieczniejsza. Nieprzewidziany wydatek, na przykład na dentystę, nie zepsuje jej finansowego planu przeżycia, bo do niego po prostu najprawdopodobniej nie dojdzie. Tymczasem, jak podkreśla w konkluzjach swoich reportaży, wydatki tego typu doprowadzają do bardzo poważnych problemów u tych, których tekst dotyczy mogą oni całymi miesiącami balansować na granicy pokrywania kosztów, jednak gdy zdarza im się jakiś poważniejszy zdrowotny kryzys (nawet związany wyłącznie z koniecznością zakupu leków), cała krucha konstrukcja domowego budżetu wali się.

Na zasadnicze koszty, na które Ehrenreich musiała zarobić składało się więc wyłącznie wyżywienie i czynsz. Co ciekawe, okazuje się, że wydatki mieszkaniowe stanowią w większości przypadków lwią część budżetu ludzi najgorzej zarabiających, a także i to swoisty paradoks, który jest w książce świetnie uchwycony są one relatywnie o wiele większe niż te, ponoszone na ów cel przez osoby lepiej uposażane, mogące sobie pozwolić na przykład na długoterminowe umowy, wpłacanie kaucji itp. Ubóstwo prowadzi do konieczności ponoszenia większych wydatków nie tylko na mieszkanie, ale również na wyżywienie kiedy nie stać cię na wynajęcie lokum z lodówką, nie możesz oszczędzać na kupowaniu większych ilości tańszego jedzenia w supermarketach i musisz zdać się albo na gotowe produkty, albo na gotowanie z półproduktów. To swego rodzaju klincz, w który popadają opisywani w książce ludzie.

Pejzaż Ameryki, jaki rysuje się nam po przeczytaniu Za grosze… to przede wszystkim fatalne warunki mieszkaniowe stłoczone w klitkach rodziny, żyjące bez kuchni, łazienki, czy też dzielące łóżko z innymi osobami na zasadzie „ja śpię dziś na łóżku, ty w aucie”. To obraz wielkiej rzeszy ludzi, których jedyną treścią życia jest ciężka, źle opłacana, wyniszczająca fizycznie i psychicznie praca, bez szans i możliwości na własne lokum, podniesienie wykształcenia czy awans zawodowy. W takiej sytuacji nie ma nawet mowy (o czym kilkukrotnie wspomina Ehrenreich) o jakichkolwiek potrzebach wyższych, które obciążyłyby zarówno budżet osobisty, jak i nadwątliły i tak zbyt krótki czas przeznaczany na wypoczynek. W książce znajduje się opisu dwu „imprez”, w których wzięła udział podczas swojego eksperymentu reporterka jedna z nich miała charakter spotkania religijnego, a druga spontanicznego koncertu na ulicy. Oczywistym jest więc, że owe niezaspokojone potrzeby wypełniają opery mydlane, podglądane ukradkiem w czasie sprzątania hotelowych pokoi, stanowiące naturalną odskocznię od doskwierającej fizycznie i psychiczne rzeczywistości.

Swoje badania Ehrenreich przeprowadziła w końcówce lat dziewięćdziesiątych, dzięki czemu w sposób pośredni dowiadujemy się o pierwotnych przyczynach bańki na rynku kredytów hipotecznych w Stanach Zjednoczonych, z której pęknięciem mieliśmy do czynienia w zeszłym roku, a którego skutki odczuwamy do dziś. Opisane położenie ogromnej rzeszy Amerykanów musiało doprowadzić do olbrzymiego panicznego wręcz popytu na własność lokali mieszkalnych, który przełożył się na wiele nieracjonalnych decyzji konsumentów. „Nieracjonalnych” w kategoriach zasad neoliberalnego rynku jednak, czytając Za grosze… doskonale zrozumiałych, z punktu widzenia jednostek.

W przedstawionych warunkach życia i pracy udaje się autorce odnaleźć i jasne strony przejawy międzyludzkiej solidarności, dobroci, bezinteresownych działań dla innych. Podarowany posiłek czy pomoc w wykładaniu towarów na sklepowych półkach potrafią przekonać, że w tym smutnym świecie tli się jeszcze nadzieja na lepsze życie. A dopóki jest nadzieja… dopóty nie rodzi się bunt i cały system trwa. Takiej konkluzji w książce niestety nie ma. Narzuca się ona gdzieś tam pomiędzy wierszami, pozostając niewypowiedzianym ostrzeżeniem.

Ehrenreich, Barbara, „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć”, 2006, wydawnictwo WAB, 280 stron.

Tagi: ,

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Po lekturze twojej recenzji, widzę, że warto sięgnąć po ksiązkę Barbary Ehrenreich, „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć” i ją przeczytać, bo jest ona życiowa i prawdziwa. W końcu , to o czym ona pisze często bywa doświadczane przez nas w codziennym życiu, bo musimy często pracować i żyć zarabiając grosze i co najgorsze radzić sobie, a to nie zawsze jest proste. Jednak, jak wykazuje autorka możliwe.

Skomentuj