„Gottland”, czyli gobelin


4 grudnia 2010 | liczba odsłon: 466
Kategoria: Książki, Recenzje

Miło jest pisać o dobrych książkach i miło jest dobre książki czytać. Gładkie bezosobowe zdanie, które zakończone słowem „towarzyszu” pasowałoby do wypowiedzi wielu bohaterów Gottlandu Mariusza Szczygła. Kupując najnowszą książkę autora poświęconą Czechom, postanowiłam nadrobić zaległości i przeczytać też tę, która powstała jako pierwsza i która już zasłużyła sobie na opinię dobrej książki. Pierwszym uzasadnieniem tej opinii jest ilość nagród otrzymanych przez autora za tę publikację – ale nie jedynym.

„Gottland”, czyli gobelin

Tak jak tkacze produkujący tapiserie korzystają z szablonów i rysunków, Szczygieł korzysta z gotowych historii – napisanych przez samo życie. Posłowie do drugiego wydania zakończył: „Wydaje mi się zresztą, że w dzisiejszym świecie zdarza się tyle, że nic już nie trzeba zmyślać”. I nie zmyśla, wykazując dużą dbałość o najdrobniejsze nawet szczegóły, wprowadzając poprawki wskazane przez czytelników i specjalistów. Pomimo rygorystycznej dbałości o faktograficzną solidność reportażu, tworzy rzecz o nieprzeciętnej wartości literackiej. Jej podstawą jest mistrzowska kompozycja – wątki przeplatają się ze sobą jak nitki w arrasach – rzeczy i ludzie spotykają się w nowych okolicznościach; to, co było pierwszoplanowe, staje się tłem, historie powtarzają się w życiu, lecz odegrane przez innych aktorów. Pałac Lucerna, opisany w jednym z najkrótszych szkiców w całej książce, powróci wielokrotnie jako miejsce akcji, pomnik Stalina z bohatera skomplikowanej opowieści zamieni się w dekoracyjny rekwizyt. Losy postaci splatają się i rozchodzą, akcja rozprzestrzenia się na kilka kontynentów, na arenę wkracza wielka polityka, na podstawie jednego rozdziału można by nakręcić hollywoodzką produkcję z wielkim rozmachem  – choćby o aktorce, Lidzie Baarovej czy też pisarzu Eduardzie Kirchbergerze. Materiał, który tworzy osnowę książki jest niezwykle bogaty, a podobno dotyczy on przedstawicieli marginalnego narodu (przemyślenia o marginalności stały się udziałem samego autora podczas prac nad francuskim przekładem książki i obawami o powodzenie czytelnicze tej wersji językowej).

Ten ogrom nie przerasta autora, z niezwykłą zręcznością balansuje on pomiędzy egzystencjalnymi pytaniami, a humorystycznymi anegdotami o rzeczach pozornie błahych – i tu też ukazuje się kompozycyjna wirtuozeria, bo jak w życiu to co wielkie i tragiczne, przeplata się z tym co śmieszne, groteskowe a niejednokrotnie straszne. Naziści, komunizm, satyryczny obrazek wyszperany w starym czasopiśmie w antykwariacie, maszyna automatyzująca produkcję butów – tu wszystko odnajduje swoje miejsce w kompozycyjnym porządku pozornie chaotycznej opowieści. U Szczygła historia nabiera kolorów, a podręcznikowe nazwiska przestają być pustym hasłem – Goebbels chodzi z kochanką  karmić sarny do lasu, Havel nosi krótkie spodenki na rodzinnym zdjęciu z czasów dzieciństwa – jednocześnie nic nie dzieje się samo, a kwestie winy, odpowiedzialności, bohaterstwa i strachu powracają nieustannie. Przywrócenie osobistego wymiaru   historii sprzyja polifonii – bohaterowie reportaży mówią wieloma głosami i mają bardzo różny stosunek do przeszłości własnej i swojego kraju – to mnogość ocen, mnogość postaw, dzięki  której reportaże Szczygła stają się bogatsze – i ciekawsze dla czytelnika, który nie spodziewa się z czym zostanie skonfrontowany na kolejnej stronie lektury. W jedną rzecz Gottland nie obfituje – książce brak jakiejkolwiek wulgarności. Pomimo opisywania drastycznych i tragicznych wydarzeń, prezentowania skandalizujących anegdot nie tylko z małżeńskiej alkowy, Szczygieł nigdy nie sięga po język potoczny, pisze z poszanowaniem intymności swoich bohaterów, nawet jeśli byli najgorszymi szubrawcami – pod względem stylistyki tekst jest jak smakowity deser z najlepszej cukierni. A tematyka bywa gorzka – wiele reportaży traktuje o życiu w totalitarnym świecie, o złamanych karierach, sytuacjach granicznych – ale patos zastępuje tu reporterski obiektywizm. Zamiast łatwych ocen i grzmienia z ambony mamy pytania – jak to kluczowe dla rozdziału poświęconego Baarovej – czy Lida Baarová była głupia? Odpowiedź udzielona w tekście jest niejednoznaczna – pytania zadawane sobie pojawiają się jeszcze wielokrotnie – ale i ta retoryczna maniera jest stosowana z dużym umiarem i nie drażni czytelnika – jedynie prowokuje do myślenia.

Myśleć zdecydowanie jest o czym – Czesi to naród, który podobnie jak Polacy, ma problem sam z sobą – szczególnie w aspekcie oceny wydarzeń historycznych, rozliczenia się z komunizmem – a może raczej już z postkomunistyczną traumą, jednak pisanie o Gottlandzie jako o reportażu o funkcjonowaniu społeczeństwa za komuny jest dla mnie niesprawiedliwym ograniczeniem – pomimo, że pozornie jest do dominująca tematyka.

Dla kogo to lektura?

Komu mogłabym polecić tę książkę? Czytelnikom poszukującym frapujących anegdot o zaskakującej akcji ? Na pewno tak. Erudytom? Także – ze względu na doskonałość stylu, panteon postaci przemykających po kartach (Kafka, Hrabal…) oraz wyrafinowane językowe zabawy, jak cytat z wiersza Różewicza wpleciony w opis fenomenu Karela Gotta. Zainteresowanym historią? Jak najbardziej, ze względu na niemal archeologiczne poszukiwania dokumentów i spotkanie z dwudziestym wiekiem z czeskiej perspektywy. Polakom? Z pełnym przekonaniem, bo pokazuje strategię przetrwania narodu odmienną od  polskiej. Czechom? Z podobnym entuzjazmem co Polakom, bo Gottlandu nie mógł moim zdaniem napisać Czech – ale nie mógł też napisać tego ktoś spoza Europy Środkowo–Wschodniej – potrzeba tu dystansu, spojrzenia trochę z zewnątrz, ale jednocześnie zrozumienia, wynikającego z podobnego doświadczenia historycznego, pewnej wspólnoty losów. Szczygieł potrafił być dostatecznie daleko, aby nie zamienić reportażu w porachunki i rozpamiętywanie w martyrologicznym tonie, lecz dostatecznie blisko by uzyskać zaufanie większości rozmówców, a nawet zbliżyć się literacko do czeskich wzorców – chłop, który radził sobie z Niemcami, mógłby trafić i do Hrabala i do Oty Pavla i świetnie by tam pasował. Takich powinowactw jest więcej, ale cytowanie w przypadku książki Szczygła jest jak wydłubywanie wisienki z tortu paluchem – nie będę czytelnikom odbierała apetytu i psuła przyjemności płynącej z niezakłóconej lektury.

Czy powinnam polecić Gottland reporterom? Nie sądzę, aby istniała taka konieczność, bo reporterzy nie przeoczą takiego wydarzenia – podobnie jak europejscy czytelnicy i przyznający Europejską Nagrodę Literacką w 2009 roku. Zbiór reportaży Mariusza Szczygła, wbrew obawom autora, znalazł drogę nie tylko do polskich i czeskich księgarni, lecz został również przetłumaczony na siedem innych języków – jeżeli uniwersalizm jest świadectwem wielkości, to mamy do czynienia z mistrzowską książką. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kiedyś jakiś Czech napisze nam podobną o Polsce i Polakach.

Tagi: , , , , ,

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Patrycjo, gratuluję: http://www.lekturyreportera.pl/nasze-konkursy/recenzja-miesiaca-grudzien-gottland-czyli-gobelin/ :)

Skomentuj